Archive for category Blues Corner

BLUES CORNER 199 – 20 stycznia 2009

Huey Piano Smith napisał kiedyś zabawną i taneczną piosenkę “Rockin’ Pneumonia and The Boogie Woogie Flu”. Nawet kiedyś dosyć ją lubiłem. Rzeczywistość ostatnich tygodni pozwoliła mi, niestety, poznać prawdziwą naturę „flu” i mówię Wam – straszna franca! Pies trącał gorączkę i kaszel. Mnie się rzuciło na centralny ośrodek mózgowy i przez czas jakiś funkcjonowałem, jak zwiędłe warzywo.  Ani pisać, ani czytać, nawet telewizji nie było mocy oglądać, absolutny glut. Jedyny ratunek to radyjko, które cichutko sączyło resztkę kontaktu ze światem. Przynajmniej na to liczyłem. I się przeliczyłem. To moje radyjko, ten mój najlepszy przyjaciel wsączył we mnie coś, co w zasadzie zniechęca mnie już na dobre do kontaktu ze światem zdrowych. Otóż radyjko zakomunikowało mi, że na szczycie Listy Przebojów Trójki znalazł się utwór zespołu The Killers zatytułowany „Human”. Zakomunikowało i zaraz potem zagrało. I to był cios – ta radiostacja, ta lista i takie badziewie!? Skrzyżowanie Modern Talking z Papa Dancem, najprymitywniejszy beat wszechczasów. O co chodzi? Dlaczego? Czy może rzeczywiście już pora umierać!?

Jan Chojnacki

BLUES CORNER 196 – 17 listopada 2008

             Czy wiesz kto jest największym wokalistą wszechczasów? Masz swoją w tej sprawie opinię? Nie szkodzi. Przeczytaj kilka poniższych zdań.

             Będąc niemłodym absolwentem Szkoły Głównej Planowania i Statystyki wpadł mi w ręce najnowszy numer The Rolling Stone. Pismo to szanuję, bo trzyma linię, nie mizdrzy się do powierzchownej teraźniejszości i nadal wie, co to swing. No a poza tym co pewien czas publikuje poparte właściwym doborem glosujących i powagą statystyczną Ernst&Young rankingi. Oto ten najnowszy:            The Rolling Stone – The 100 Greatest Singers of All Time

                1 | Aretha Franklin              2 | Ray Charles              3 | Elvis Presley              4 | Sam Cooke              5 | John Lennon              6 | Marvin Gaye              7 | Bob Dylan              8 | Otis Redding              9 | Stevie Wonder             10 | James Brown                      11 | Paul McCartney

            12 | Little Richard            13 | Roy Orbison            14 | Al Green

            15 | Robert Plant            16 | Mick Jagger             17 | Tina Turner            18 | Freddie Mercury            19 | Bob Marley            20 | Smokey Robinson….                          Chętnych do zapoznania się z całą setką odsyłam do www.rollingstone.com. Z pikantnych szczegółów mogę zdradzić, że Bono jest na 32, Christina Aguilera na 58, Björk na 60 a Mary J. Blige na 100 miejscu i ten zestaw wyczerpuje listę artystów urodzonych po roku 1960. Tak słyszy amerykańska branża. I ja wam powiem, że dobrze słyszy. To wyjątkowo trafny zestaw (no może minus za brak Elli Fitzgerald i Franka Sinatry) ale też niewątpliwe skłaniający do refleksji. Bo tak na przykład, czy ktoś z pierwszej czwórki wystąpił w minionym miesiącu na antenie jakiejś polskiej radiostacji?  

                 A zresztą, do wora z refleksjami. Zaraz posłucham sobie w całości „Lady Soul” Arety Franklin (Atlantic, 1968). Kto mi zabroni?

            Jan Chojnacki

BLUES CORNER 195 – 18 października 2008

        Jako nestor polskich claptonologów ogłaszam niniejszym zakończenie roku claptonowskiego w Polsce. Elementem podsumowującym ten bogaty w wydarzenia okres jest ukazanie się na rodzimym rynku wydawniczym pozycji autorstwa E. Claptona zatytułowanej „Clapton – Autobiografia” (Wydawnictwo Dolnośląskie, przekład – Jarosław Rybski, twarda oprawa, 280 stron). Tytuł nestora polskich claptonologów upoważnia mnie do wyrażenia własnej opinii na temat wzmiankowanego dzieła, choć w dziedzinie recenzji twórczości literackiej jestem amatorem zupełnym.

 eric-calpton-autobiografia-okladka1

Nie jest to wielka literatura. Ale też chyba nie w tym rzecz. Największym atutem tej opowieści jest jej prawdziwość, tak jak  prawdziwym artystą jest jej autor. O prawdziwości swojego manifestu artystycznego przekonał ludzkość Clapton wyrażając swój stan świadomości tak istotnymi dla współczesnej muzyki utworami jak: „Layla”, „Wonderful Tonight” czy „Tears In Heaven”. Fan znający w szczegółach  twórcze dokonania EC wie więcej: nie tylko te hity, ale znakomita większość nagrań artysty była rezultatem sytuacji związanych z jego stanem emocjonalnym. Tę prawdę o sobie potrafił Clapton przekazać też pisząc autobiografię z pozycji człowieka bardzo dojrzałego, doświadczonego przez niesłychane turbulencje życia i wreszcie, z siódmym krzyżykiem na plecach, umiejącego trzeźwo i krytycznie spojrzeć na minione dziesięciolecia.  Dzieciństwo z kompleksem bękarta, młodość wzorcowa dla recepty „sex, drugs and r’n’r”, wiek dojrzały całkowicie wypaczony przez alkoholizm i w końcu jesień życia w wyidealizowanym kręgu rodziny. Tylko człowiek uzależniony, który osiągnął dno a następnie podniósł się w rezultacie terapii samoanalizy  może pozwolić sobie na obiektywne sprawozdanie z apokaliptycznej wędrówki przez czas z rajskim finałem. Clapton ma świadomość swojego statusu supergwiazdy światowego showbusinessu a jednocześnie potrafi zachować do tego pozbawiony fałszywej skromności dystans. Ja mu wierzę, tak jak uwierzyłem w zranione serce po wysłuchaniu „Layli” czy w szczery apel do Wszechmocnego, by dał siłę wytrwania z „Give Me Strenght”.

          Zostawmy psychologię. „Autobiografia” to też prawdziwy, źródłowy zapis kształtowania się pop kultury drugiej połowy XX w. Clapton uczestniczył w najważniejszych etapach tego procesu na równi z The Beatles, The Rolling Stones, z Jimim Hendrixsem czy Bobem Dylanem. To także z dzisiejszej perspektywy czasami nawet skandalizujące wynurzenia związane z wielkimi tego świata. Tak na przykład, dzisiejsza żona prezydenta Francji nauczyła sir Erica jaka jest różnica między pożądaniem a miłością, przyjemnością a szczęściem. Ale nade wszystko Autobiografia to opowieść, której towarzyszy gitara i tworzona przez nią muzyka. To prawdziwy skarb fana, nawet takiego, który do Claptona ma obojętny stosunek.        Jan Chojnacki

BLUES CORNER 194 – 7 października 2008

Już od ponad ćwierćwiecza w każdy pierwszy weekend października podążam rączo Trasą Czynu Żołnierskiego z Warszawy do Katowic. Konkretnie do Spodka. Celem moim jest Rawa Blues, impreza reklamowana jako największy w Europie festiwal bluesowy pod dachem. I nie bez racji, choć w tym roku dach z lekka przeciekał, co nie wystraszyło czterech tysięcy fanów,  kilkudziesięciu wykonawców i niżej podpisanego konferansjera.

Nie będę zachwalał tegorocznej Rawy by nie być posadzonym o nepotyzm. Ale nie mogę się powstrzymać przed podzieleniem się zachwytem nad zjawiskiem o nazwie The California Honeydrops. Ta kalifornijska formacja uraczyła publiczność ożywczą dawką niezwykłej radości grania. A uczyniła to możliwie najprostszymi środkami. Instrumentarium TCH to gitara, trąbka, prosty zestaw perkusyjny, fortepian i bass tub. Zapytacie co to takiego ten „bass tub”. Otóż jest to autentyczny blaszany kubeł z pokrywą i przymocowany do niego kij od szczotki. Czubek kija jest połączony z dnem kubła napiętym sznurkiem. Wprawne paluszki osoby obsługującej basowy kubeł szarpiąc rzeczony sznurek wydobywają z tego urządzenia dźwięki niemal identyczne do kontrabasu. Paluszki zaś należą do pani (panienki) Nansamba Ssensalo osoby wdzięcznej, uśmiechniętej i, co najistotniejsze, niezwykle muzykalnej. Wspólnie z obsługującym perkusję Benjaminem Malamentem nadają oni soulowo-bluesowym piosenkom zespołu naturalnej pulsacji, na której delikatnie posuwa fortepian pod kuratelą świetnego kalifornijskiego sessionmana Chrisa Burnsa. Na tym tle radosnym dyszkantem wyśpiewuje tradycyjne frazy lider całości – polski Kalifornijczyk Lech Wierzyński, uzupełniając swój manifest wymiennie gitarą i trąbką. Tradycja muzyki afro-amerykańskiej od Charleya Pattona poprzez Raya Charlesa aż po Taj Mahala w młodzieżowej pigułce. Do słuchania, do tańca i do refleksji nad tym, skąd przyszła do nas współczesna muzyka.  

the-california-honeydrops-podczas-jam-session.JPGLech Wierzyński jest wnukiem znanego polskiego poety i śląskiego kolejarza. Urodził się w Warszawie, wychował w USA i tam zdołał już nabrać doświadczeń muzycznych u boku Gary’ego Bartza, Jackiego Payne’a i Marii Muldaur. Jako lider The California Honeydrops daje dowód własnej oryginalności no i potwierdza, że Polak potrafi. Jan ChojnackiPS. The California Honeydrops wystąpią 11 października w warszawskiej Jazzowni Liberalnej, a wydana własnym sumptem CD „Soul Tub!” (TubTone Records) jest pewnie dostępna gdzieś w sieci.

BLUES CORNER 192 -3 września 2008

       Rzucało mnie tego lata po Polsce. W dwa miesiące przejechałem prawie 10.000 km. Jak trzymam ręce na kierownicy to mam straszny problem z pisaniem, edytowaniem i wysyłaniem poczty. Skoro już wymyślono hands free do telefonu to dlaczego nie ma jeszcze takiego samego wynalazku do komputera i emalii? Jeśli znacie jakieś poręczne i proste w obsłudze urządzenie w tej sprawie bardzo proszę o kontakt za pośrednictwem RNL. I jeszcze jedna prośba do doświadczonej społeczności njusleterowej – może ktoś zna taką trasę Gdynia-Suwałki (ok. 300 km), którą można przejechać w czasie krótszym niż 8 godzin?

     Tą błyskotliwą introdukcją zasygnalizowałem swoją obecność w Trójmieście. Udało mi się trafić w okolice Wolnego Miasta w momencie, kiedy nie działo się nic szczególnego: zero festiwali, żadnego jarmarku, nikt nie składał wieńców, nawet u Św. Brygidy spokój. Ta sielanka sprzyjała sprawnemu wybudowaniu na Skwerze Kościuszki w Gdyni miasteczka bluesowego pod wezwaniem sir. Eryka Claptona. Miasteczko wypełniło kilkanaście tysięcy wyznawców Słynnego Gitarzysty, ludzi sympatycznych, świadomych  sensu swojej obecności. Przyjemność przebywania w tym gronie spotęgowało spostrzeżenie, że w przeciwieństwie do większości zaliczonych imprez zbiorowych nie byłem najstarszym na boisku. Ci jeszcze starsi stosowali lifting powierzchniowy prezentując się z nieletnimi narzeczonymi lub, jak kto woli, wnuczkami. ec-gdynia.JPG   Po występie Dżemu, który godnie i ku wielkiej uciesze zgromadzonych wypełnił niewdzięczną rolę support act, udałem się na kawkę do jednego z licznych barów na kółkach (był nawet bankomat na kółkach!). Czasu było niewiele, ale obliczyłem, że do wyznaczonej przez EC godziny 20.00 zdążę obrócić w tę i nazad. Guzik prawda. Eryk wywinął numer niespotykany u innych artystów – rozpoczął koncert 5 minut przed czasem! Przez głupią kawkę straciłem połowę „Tell The Truth”, którym artysta rozpoczął dwugodzinny recital.  No ale począwszy od „Key To The Highway” poprzez elektryczno-akustyczny set bluesowy, wzruszającę wspomnienie George’a Harrisona („Isn’t It A Pity”)   aż po hitowy finał („Wonderful Tonight”, „Layla” i „Cocaine”) kołysałem się już słodko razem z rozanielonym tłumem. Potem jeszcze na planowy bis „Crossroads”, ogólnozespołowy potrójny ukłon i dokładnie po 120 minutach na scenę weszła technika. Koniec.

       EC nie pogadał uroczo z fanami, nie pogratulował publiczności, że jest najmilsza na świecie, nie pytał czy „du ju fil olrajt?”, nie zademonstrował żadnego układu choreograficznego i tylko kilka razy powiedział „dziękuję” i to po angielsku. I o to chodzi, i to chodzi! Przyszliśmy na Skwer Kościuszki słuchać bardzo rzadkiego w tej dobie zjawiska: prawdziwej, żywej muzyki wykonywanej przez prawdziwego Artystę dla łaknącej tego publiczności. I ten z estrady i ci z audytorium osiągnęli swój cel. Ciekawe, kto poza nimi jeszcze to rozumie?Jan Chojnacki

BLUES CORNER 190 – 3 czerwca 2008

„Heaven done called another blues stringer back home” – tym wersem z pieśni Jimmiego Vaughana żegnam Bo Diddleya. W poniedziałek 2 czewrca odszedł jeden z tych Gości, którzy dali nam rock and rolla. W grudniu skończyłby 80 lat. Elvis, Carl Perkins, Jerry Lee Lewis po stronie Białasów a Chuck Berry, Little Richard i właśnie Bo Diddley po stronie Czarnych… Z tej wielkiej szóstki połowa jest już po tej stronie, gdzie liczy się tylko wieczność. W takich przypadkach z potrzeby ducha i z rzetelności antenowej wracam do rzadko odwiedzanych części archiwum. Niektórych nagrań słucham po raz pierwszy od kilkudziesięciu lat, są też takie, które nagle brzmią, jak odkrywcze premiery.

Wsunąłem na przykład w grającą szparkę trzeci w kolejności album Bo zatytułowany „Bo Diddley Rides Again” (wznowiony w 1998 roku przez BGO, a znany z analogowej wersji pod tytułem „Have Guitar, Will Travel”). Początek („Bring It To Jerome”) bardzo typowy: wielokrotnie powtarzany chorus na hipnotycznym „diddleyowym” rytmie. Ale już drugi numer („Cops and Robbers”) to najprawdziwszy rap, z zachowaniem podstawowych zasad melorecytacji i przesłania publicystycznego. A to jest 1961 rok! Zaraz potem „Mumblin’ Guitar” – czysty instrumentalny punk, z sekcją „pogo” i brudną gitarą. To też powstało 47 lat temu. Ale o ścianę rzucił mnie track nr 9 – „Call Me (Bo’s Blues)”, w którym to usłyszałem Micka Jaggera tak charakterystycznie frazującego i  przeciągającego samogłoski. Mistyfikacja? Nie, to oryginalny Bo Diddley, którego manierę wokalną bardzo udatnie skopiował wokalista The Rolling Stones kilka lat później! Zaraz po „Call Me” posłuchałem „Confessin’ The Blues” z albumu „12×5” (ABKCO). Tak jest, Mick naśladuje Bo Diddleya bez żadnych oporów. Rzeczywistość ciągle utwierdza mnie w przekonaniu, że dzieckiem bluesa jest rock and roll. Żal tylko, że rockandrollowe dzieci, coraz bardziej tracą kontakt z rodzicami.

bo-diddley-tribute.jpg

Z tak zwanych „trybjutów” polecam wydaną w 2002 roku płytkę „Hey Bo Diddley – A Tribute!” (Evidence). Mistrzowi muzyczny ukłon oddają między innymi: Taj Mahal, Walter Trout, Tommy Castro, Otis Rush i Charlie Musselwhite. Duża porcja dobrych wibracji.Jan Chojnacki

POP EURO-CORNER

Czternaście lat temu, jakoś tak w kwietniu we wtorek po południu zadzwonił do mnie śp. Janusz Kosiński. W imieniu TVP wezwał mnie do stawienia się w studiu na Woronicza w celu rzecznikowania polskiemu jury komplementarnemu (cokolwiek miałoby to znaczyć?) konkursu Eurowizji. Żądza sławy i parcie na szkło sprawiły, że zapisałem się na tę imprezę. No i sprawdziłem się! Świetnie opanowałem kwestię: „Cyprus – two points, Finland – three points…”  i moja międzynarodowa kariera telewizyjna utrzymywała się chyba z pięć lat. Kosa wygadał się kiedyś, że dyrekcja kazała mu znaleźć jelenia, który mówiłby po angielsku i wyglądał wiarygodnie („najlepiej, żeby był trochę łysy i w okularach, czyli poważny” – cyt.). Potem zmieniła się dyrekcja i kryteria, moja sława odeszła w zapomnienie,  pozostały mi tylko braki w owłosieniu i krótkowzroczność oraz przyzwyczajenie do obserwowania zmagań Europy z Europą.Wieloletnia obserwacja tego cyrku zaowocowała. Mam prostą receptę na zdobycie czołowego miejsca w konkursie. Uczestnik/piosenka musi spełniać następujące wymogi:1.                               Pochodzić z rejonu Europy mogącego liczyć na sympatię i wsparcie krajów sąsiednich lub przy braku powyższych pochodzić z rejonu Europy nawiedzonego klęskami żywiołowymi, czy ostatecznie targanego konfliktami zbrojnymi.2.                               Dysponować jednostką ryczącą cudnej urody, przy czym cudność winna oscylować w stronę Britney a nie Cichopek.3.                               Prezentować choreografię o estetyce gry komputerowej.4.                               Dodatkowo, choć niekoniecznie, mile widziane: osobowość czyli charyzma, chwytliwa melodia, proste przesłanie, profesjonalny PR.Nigdy w historii polska kandydatura (poza Edytą Górniak) nie spełniła żadnego z tych warunków. I chyba nie ma szans w przyszłości, bo choć dyrekcje w TVP się zmieniają kryterium „łysy i w okularach” pozostaje syndromem naszego zaścianka. Jan Chojnacki 

UWAGA! NADCHODZĄ!

POLSKIE GITARY GRAJĄ HENDRIXA!
HEY JIMI!
okladka01final.jpg
KSIĄŻKA Z PŁYTĄ W KIOSKACH I EMPIKACH!

BLUES CORNER 185 – 26 lutego 2008

Chris Rea to szaleniec, kłamca i mistyfikator! Za każdą z tych wad kocham i szanuję Chrisa Rea. Nie zwariowałem. Sprzeczności są pozorne. Szaleniec – po raz kolejny rzucił branży wyzwanie zupełnie niekomercyjnym nowym wydawnictwem. Kłamca – choć poprzednia trasa koncertowa była zdecydowanie pożegnalna, obecna trwa w najlepsze. Mistyfikacja – to wymaga szerszego omówienia. Zacznijmy od nowego albumu zatytułowanego „The Return Of The Fabulous Hofner Bluenotes” (Edel).

rea-cover.jpgW tym przypadku określenie album jest całkowicie uzasadnione: trzy płyty CD i dwie analogowe LP (w sumie 38 premierowych nagrań autorstwa CR) umieszczone w eleganckim „earbooku” zawierającym także osiemdziesięciostronicową bogato ilustrowaną księgę w formacie 285×285 mm. Szaleństwo! Z opisu wynika, że na wspomnianych analogach i jednej z CD znajdują się nagrania działającej w latach pięćdziesiątych gitarowej grupy The Delmonts. Rzeczywiście starcy mojego pokroju odnajdą w tych instrumentalnych realizacjach echa twórczości The Dakotas, The Spotnicks, The Shadows, The Ventures i im podobnych. Kapel tego typu było na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych mnóstwo. Zapewne więc przegapiliśmy The Delmonts w tym tłumie. Tym bardziej, że działali dosyć krótko. Już w latach sześćdziesiątych członkowie The Delmonts poddali się rhythmandbluesowej modzie i przekształcili się w The Fabulous Hofner Bluenotes. Znowu nie pamiętamy tego zespołu? No coż, Animalso- i Kingsopodobnych grup były setki. Pewnie coś przeoczyliśmy. Ale Chris pamiętał. Nie dość, że wygrzebał ich nagrania to jeszcze dołożył mnóstwo materiału ikonograficznego z epoki: fotografie członków zespołów, kopie plakatów i recenzji z ówczesnej prasy, wizerunki wysłużonych gitar (zwłaszcza tytułowych hofnerek). Krótko mówiąc, jak mawia Prezydent Części Polaków, wykonał mrówczą kwerendę archiwalną. I tu się zatrzymamy, bo wszystko o czym było powyżej to mistyfikacja. Wszystkie bez wyjątku nutki z dorobku tych zapomnianych zespołów zostały zarejestrowane w ubiegłym roku przez Chrisa i jego dzisiejszych współpracowników. Mr. Rea wykonał sentymentalny powrót do początków swych gitarowych fascynacji i postanowił przywrócić oryginalny klimat tej epoki, w której królowało brzmienie Hofnera (w Krajach Demokracji Ludowej substytutem Hofnerów były czechosłowackie Jolany). Mnie się ta zabawa ogromnie podoba. Z uwagą próbuję odszukać znajome riffy i akordy i mam wielką satysfakcję, kiedy uda mi się je dopasować do znanego z przeszłości oryginału. Pewnie jest nas w Polsce trzech a w Europie trzydziestu. Oceniam optymistycznie. Jan Chojnacki

BLUES CORNER 184 – 13 lutego 2008

Niezbadane są wyroki Akademii! Jubileuszowa gala Grammy Awards wprawiła mnie w oszołomienie. Nie tylko oprawą scenograficzną i choreograficzną (doskonały materiał poglądowy dla producentów „Tańca z gwiazdami”) ale przede wszystkim nagrodą w najważniejszej kategorii .

hancock.jpgNajlepszym albumem roku decyzją Akademii ogłoszono “River: The Joni Letters” (Verve) Herbiego Hancocka. To jakieś horrendum!  Jedna z najnudniejszych płyt ubiegłego roku! Nudna swoją hipedoskonałością i niemożliwie przekombinowana.  Akademicy dali się jednak nabrać na wielkie nazwiska: Hancock, Joni Mitchell, Tina Turner, Norah Jones, Corinne Bailey Rae nie zauważając, że w tym samym niemal czasie ukazał się świetny album samej Joni Mitchell. Ciekaw jestem jaki procent uczestników tego szacownego grona posłuchał obu tych albumów w całości? Coś mi się też wydaje, że głosowanie na Hancocka było w tym roku towarzysko obowiązujące. Ale taka jest akademicka rzeczywistość. Znamy ją i tu, lokalnie. Przekonamy się już wkrótce. Nadchodzą Fryderyki!                                               Wspomniana rzeczywistość przeniosła się także do moich dwóch bluesowych kategorii. O ile wśród albumów współczesnych „The Road To Escondido” (Reprise) Cale’a i Claptona nie budzi żadnych wątpliwości to pozycja “Last of the Great Mississippi Delta Bluesmen: Live In Dallas” (The Blue Shoe Project) Henry James Townsend, Joe Willie “Pinetop” Perkins, Robert Lockwood Jr. i David “Honeyboy” Edwards jest godnym pochwały ale niewątpliwie koniunkturalnym wyborem. delta-bluesmen.jpgTo dzieło z cyklu „ocalić od zapomnienia”, rejestracja koncertu z udziałem żywych legend amerykańskiego bluesa. Najmłodszy z tych muzyków miał w chwili nagrania 90 lat! Zachwyt, jaki wzbudza niezwykła żywotność tych ikon nie do końca pokrywa się z oceną ich współczesnych możliwości interpretacyjnych, zwłaszcza wokalnych. I znów, jak sądzę, na werdykcie Akademii zaważyła magia zjawiska pozamuzycznego. Ale właśnie pisząc te słowa doszedłem do wniosku, że może na tym polega mądrość Akademii. Niech wartościami czysto warsztatowymi i wirtuozerskimi zajmują się krytycy, a Akademia ocenia wyjątkowość samego wydawnictwa, fonogramu. Wszak to Akademia Fonograficzna. Co Państwo na to?                                                       Poloników podczas tegorocznej gali nie było. Chociaż coś udało mi się wydłubać. Otóż w kategorii Boxed or Special Limited Edition Package zwyciężyło dzieło “What It Is!:Funky Soul and Rare Grooves (1967-1977)” (Rhino). what-it-is.jpgNagrodę odebrał wprawdzie twórca projektu graficznego okładki pan Masaki Koine (Polak niekonieczny), ale wśród wykonawców tego poczwórnego CD-boxu  znaleźli się: Michał Urbaniak, Urszula Dudziak, Włodek Gulgowski i kompozytor utworu „Rien ne va plus” Bernard Kawka. Polonia rules!

Jan Chojnacki