Archive for Listopad, 2005

BLUES CORNER 125

Znów Chris Rea na tapecie. Pomyślicie, że mam jakąś obsesję, a ja po prostu nie mogę wyjść z podziwu dla człowieka, jego pasji i umiejętności przełożenia tej pasji na prawdziwą, żywą muzykę. O tym, jak bardzo naturalne i prawdziwe jest szaleństwo twórcze Chrisa mogłem przekonać się w ubiegłą niedzielę. Spędziłem z artystą prawie godzinę, gawędząc o albumie „Blue Guitars” (Edel). Na ile była to hermetyczna rozmowa bluesfana z bluesguru zainteresowani będą mogli się przekonać, bo utrwaliłem ten dialog nowoczesną techniką nagraniową bezpośrednio na „twardziaku mojego laptoka” (jestem ziomo z branży!) i wypuszczę jej obszerne fragmenty na różnych platformach.
Nie będę więc opisywał meandrów naszej pogawędki a rzucę parę refleksji na okoliczność funkcjonowania artysty, w tradycyjnym tego słowa rozumieniu, we współczesnym przemyśle rozrywkowym. Dziewięć lat temu spotkałem Chrisa R. w austriackiej głuszy, gdzie miała miejsce branżowa premiera jego filmu „La Passione”. Nie rozmawialiśmy wówczas o jego miłości do ferrari ale właśnie o bluesie. Zapytałem czy ma w planie bluesową płytę. Popatrzył na mnie smutno i jeszcze smutniej powiedział, że wielka światowa firma płytowa, z którą był wówczas związany, absolutnie sobie tego nie życzy. Ale już wtedy widziałem, że bluesowa bania musi pęknąć. Pękła do tego stopnia, że zmienił wytwórnię na mniejszą, pozostawiając gigantowi gestię dystrybucyjną. O ile wierzyć managerowi CR jego pierwsza czysto bluesowa płyta „Stony Road” (Edel, 2002) sprzedała się lepiej, niż poprzednia „popowa”. Ten casus obala przynajmniej dwa pewniki, którymi kierują się mędrcy sterujący przemysłem fonograficznym: nieomylność dyrektorów A&R i niekomercyjność bluesa. Oczywiście nie chcę przez to sugerować, żeby natychmiast zwolnić speców od repertuaru i pozostawić artystom całkowicie wolną rękę ani też wmawiać wydawcom, że bluesowe albumy poprawią ich budżety. To, co udało się Chrisowi przemawia jednak za tym, że czasem warto zaryzykować i zawierzyć artyście, nawet, jeżeli jego pomysły wydają się być szalone.

Jan Chojnacki

BLUES CORNER 124

Próbowałem policzyć ile składanek z przebojami Boba Marleya ukazało się na świecie. Załamałem się po pierwszej pięćdziesiątce, gdzieś w połowie lat osiemdziesiątych. Tylko w tym, niedokończonym jeszcze roku, wyszło ich prawie trzydzieści! Skąd to statystyczne zainteresowanie dorobkiem Boba? A stąd, że właśnie pozyskałem jedną z tegorocznych kompilacji „Africa Unite: The Singles Collection” (Island). Pozyskałem ją nie ze względów statystycznych ani nawet nie przez umiłowanie twórczości najważniejszego Regała. Musiałem ją mieć, bo słychać na niej gitarę Claptona. Okazuje się, że synowie Marleya: Ziggy i Stephen wygrzebali gdzieś wcześniej niepublikowane demo ojca „Slogans”, nagrane w 1970 roku w pokoju hotelowym w Miami. Wygrzebali, wyczyścili i zaczęli się rozglądać, co by tu zrobić, żeby zabrzmiało. Słuszny wybór padł na sir Eryka, bo powszechnie wiadomo, że ten angielski szlachcic kocha reggae i Marleya nade wszystko. I w ten sposób w 24 lata po śmierci Boba doszło do nadzwyczajnego wirtualnego duetu, urozmaiconego (ku mojej uciesze!) dodatkowo chórkami w wykonaniu Marcii Ball.
Pioseneczka miła, zgrabna, wpadająca w ucho, z tekstem przystającym nawet do współczesnych polskich realiów, czyli w sam raz na heavy rotation! He, he, he! „That’ll be the day” – jak mawiał John Wayne.
I tyle, króciutko. Nagranie trwa tylko trzy i pól minuty.

Jan Chojnacki

BLUES CORNER 123

Wraz z ukazaniem się na DVD filmu Martina Scorsese „No Direction Home” (Paramount) i towarzyszącego mu soundtracka (Sony-Legacy) oraz pamiętników Dylana „Chronicles: Volume One” (Simon & Schuster) ruszyła fala recenzji, esejów i innych wypracowań. Kolorowe magazyny i czarnobiałe gazety piórami swych oświeconych redaktorów publikują peany na cześć jednego z najważniejszych artystów w historii pop kultury a muzyki współczesnej w szczególności. I pięknie, i bardzo dobrze! Gorzej z powierzchownością i wiarygodnością tych tekstów. Przeważa dyletancka pewność siebie, oparta zapewne na wysłuchaniu wspominanego soundtracka i przeczytaniu towarzyszących mu materiałów promocyjnych. Mam wrażenie, że część z autorów nigdy przedtem nie słyszała „Highway 61 Revisited” lub „Blond On Blond”. Najbardziej zezłościł mnie młody redaktor Robert Ziębiński, który dla Newsweeka (13.11.05) napisał wypracowanie p.t. „Enigmatyczny bard”. Nie wiem, czy pan Robert jest rzeczywiście młody, ale chyba jest, bo gdyby był stary, to nie pisałby takich bzdur.
Cytat: „Kiedy dziś mówimy o ostrych rockowych gitarach czy ścianie dźwięku, to mamy na myśli coś, co 40 lat temu pierwszy raz zastosował Dylan”. To znaczy, że w połowie lat sześćdziesiątych Dylan wymyślił hard rocka a także wyprzedził w koncepcji realizacji dźwięku i aranżacji Phila Spectora. Czy ktoś, kto choć raz słyszał oryginalne wersje nagrań „Just Like A Woman”, „Like A Rolling Stone” czy „Mr. Tambourine Man” może wygłosić równie obłędną tezę? Ten mój problem w prosty sposób rozwiązuje red. Ziębiński kończąc swój artykuł taką oto głęboką myślą: „W świecie sztuki, w którym od lat wszystko jest na sprzedaż, istnieją pytania, na które nie ma odpowiedzi”.
Zdenerwowałem się! Na uspokojenie zapuszczę sobie heavymetalowy hymn „Sad Eyed Lady Of The Lowlands” i przez 11 minut będę walił siwym łbem w ścianę dźwięku.

Jan Chojnacki

BLUES CORNER 122

Chris Rea ustanowił rekord godny zapisania w księdze Guinessa: przez kilkanaście miesięcy, dzień w dzień, niemal bez chwili wytchnienia, napisał 128 premierowych piosenek, nagrał je w studiu i spowodował ich publikację na 11 płytach CD zebranych w gigantyczny album fonograficzny pod tytułem „Blue Guitars” (Edel). Tak zacząłem w poprzednim Blues Cornerze i teraz po zapoznaniu się większością materiału zwierzę się z moich spostrzeżeń.
Oczywiście wysłuchanie prawie 130 nagrań (ponad 12 godzin muzyki!) zrealizowanych pod dyktando jednego wykonawcy musi się wydać nużące i jednostajne. Ponieważ sądzę, że nie taka była intencja autora, dawkowałem sobie „Blue Guitars” (Edel) przerywając nasłuch dietetycznymi posiłkami, zajęciami wychowania fizycznego, spacerami po mojej pięknej Warszawie i drobnymi dawkami wzmacniającego snu. Realizacja powyższej koncepcji sprawiła, że mój podziw dla tytanicznej pracy Chrisa umocnił się nadzwyczajnie. Największym atutem tego artysty była zawsze wierność oryginalnemu schematowi: klasyczna powtarzalność wokalnej frazy uzupełniana mistrzowskim brzmieniem gitary slide. I to pozostało. Jeżeli ktoś sądzi, że Rea wyjdzie poza ten krąg, jest w błędzie. Natomiast ten krąg wypełniony został nowymi elementami z zewnątrz czyli etnicznym instrumentarium Afryki i dydaktycznym przesłaniem. Chris postanowił bowiem doświadczyć na sobie w ciągu owych kilkunastu miesięcy pracy tych wszystkich przeobrażeń, którym w ciągu ubiegłego stulecia uległa muzyka Czarnego Lądu, stając się fundamentem współczesnego rocka i popu. I tym doświadczeniem dzieli się z nami, jak profesor empirysta z chłonącymi wiedzę uczniami. Dałem się wciągnąć w to szkolenie i nie żałuję. Z lubością odszukiwałem w kolejnych piosenkach nawiązania do bardziej i mniej znanych z przeszłości dźwięków, rytmów, klimatów i twórczości znaczących artystów. Duch Roberta Johnsona, brzmienie wczesnej elektrycznej gitary, splatanie się wątków etnicznych (blues latynoski, celtycki, szkocki…), tu Tamla, tam Stax, od Nowego Orleanu po Chicago, od Kalifornii po swingujący Londyn…
Nie bójcie się tego dydaktyzmu. Tak naprawdę myślę, że był on dla Chrisa jedynie pretekstem do przekazania słuchaczom wszystkiego, co chce im powiedzieć swoja muzyką w obawie, że rozkładając to na lata mógłby nie zdążyć.
Na wiosnę Chris Rea zagra jeden koncert w Warszawie. Już jestem ciekaw jaką zgrabną dwugodzinną pigułę wyciśnie z kolosa zatytułowanego „Blue Guitars”?
Jan Chojnacki