Archive for Luty, 2006

BLUES CORNER 131

Gość nie ma szczególnej prezencji. Owszem , postawny, ale jakiś nieforemny. Gęba taka bardziej zakazana. Bracia Rosjanie powiedzieliby: „roża kirpicza prositsa” (pysk, że tylko cegłą walić). Cera dziobata, pomarszczona, rysy grubo ciosane. W tle trzech równie odrażających drabów, żywcem wyjętych z b-klasowego amerykańskiego thrillera. Tak prezentują się na reklamowych fotografiach Artyści – Watremelon Slim & The Workers. Nie ukrywam, że skusili mnie swoją prezencją. Mam dużą tęsknotę za prostym, korzennym i szczerym graniem a ci „dudes” zdawali się spełniać moje oczekiwania. Nabyłem więc wyprodukowany w Kanadzie album „Watremelon Slim & The Workers” (Northern Blues) i mam, co chciałem.
Lider (prawdziwe nazwisko William Homans) jest po prostu świetny. Chropawym głosem po przejściach ryczy naturalnie i stylowo w rejestrach Johna Hiatta czy Roberta Lucasa. Do tego pięknie gra slidem na dobro (mańkut!) i gdzie trzeba gustownie dmuchnie w harmonijkę. Wykonuje niby własne numery (wyjątek „Baby Please Don’ Go”), które brzmią , jak znajome standardy a jednak nie są coverami. Umiejętnie korzysta z pomocy towarzyszących mu oprychów, którzy okazuję się być doskonałymi rzemieślnikami. Wszystko bardzo żwawo się kula, czternastu krótkich raczej numerów słucha się bez chwili znużenia, a pogibać się można, że hej!
To ostatnie, czternaste nagranie jest pożegnalną niespodzianką Slima. Tylko on, jego akustyczne dobro i wyśpiewany po francusku (sic!) manifest: „dopóki życia droga trwa, blues trzyma mnie na szlaku, a kiedy już pożegnam świat, zostawię wam bluesowy ślad”. Amen.

Jan Chojnacki

BLUES CORNER 130 – 21 LUTEGO 2006

Dlaczego filmy o największych postaciach muzyki drugiej połowy XX wieku powstają po ich śmierci? Tak było w przypadku „Raya”, tak jest teraz z filmową biografią Johnny’ego Casha „Spacer po linie” (zupełnie nietrafiony przekład oryginalnego tytułu „Walk The Line” – tłumacz nie zrozumiał chyba tekstu piosenki „I Walk The Line”!). Mam wrażenie, że w ten sposób twórcy obrazu nie próbują nawet oddać hołdu wielkim artystom a tylko odcinają kupony na własne konto. To nie znaczy, że uważam „Spacer po linie” za zły film. Wręcz przeciwnie, podobał mi się scenariusz (w dużej mierze napisany życiem samego Casha!), wysoko oceniam robotę reżysera, grę głównych aktorów a także ich umiejętności wokalne. Tylko, dlaczego nie dano posmakować samemu Johnny’emu ponownej fali zainteresowania nim i jego inspirującą muzyką? Dlaczego tym wszystkim, którzy z lekceważeniem odnosili się do „dziadka z krainy country” nie dano możliwości odkrycia prawdy o nim, jego niezwykłej magii i charyzmy jeszcze wtedy, kiedy był wśród nas? Przecież do Casha pielgrzymowali U2, Nick Cave, John Frusciante, Don Henley i z nabożeństwem nagrywali z nim jego i własne pieśni (cykl „American I – IV” – Lost Highway). To był moment, w którym można było pokazać, jak wspaniałego twórcę mamy wśród nas. A teraz, to tylko epitafium.
Nie będę recenzował filmu, bo od tego są fachowcy. Jeżeli po wyjściu z kina ktoś zechce poznać muzyczną prawdę o Cashu polecam łykniecie dwóch piguł. Jedna, to świeżo wydany „Ring Of Fire – The Legend Of Johnny Cash” (Universal/SonyBMG) – 21 podstawowych numerów z lat 1956 – 2002. Bardziej chłonnym słuchaczom zaaplikowałbym pięciopłytowy album “Unearthed Music” (Lost Highway, 2003), esencję amerykańskiej muzyki XX wieku okraszoną udziałem gości z różnych półek: Flea, Frusciante, Carl Perkins, Tom Petty, Sheryl Crow, Glen Campbell, Nick Cave, Joe Strummer…
Get Rhythm!

Jan Chojnacki

BLUES CORNER 129

Mamy za sobą uroczystości związane z amerykańskimi Fryderykami czyli Grammies. Zgodnie z wielowiekową tradycją Blues Corner dokona na tych łamach przeglądu kategorii bluesowych. W kategorii tradycyjnej – bez niespodzianek. Osiemdziesięciolatek B.B. King uświetnił swój jubileusz, dziewiątą już w karierze, statuetką małego gramofonka za album „80 – B.B. King & Friends” (Geffen). Ukłony, szacunek i bardzo dobrze. Read the rest of this entry »

BLUES CORNER 128

„Mój Steinway, moje płyty, moje partytury, moje studio – wszystko przepadło. Woda w moim domu sięgała sufitu” – z ogromnym żalem, ale spokojnie opowiada o nowoorleańskiej tragedii legendarny muzyk i kompozytor Allen Toussaint. I zaraz dodaje: „Duch przecież nie zatonął. Nadal mam swoją muzykę. Dajcie mi młotek. Zabieram się do roboty!” Jak powiedział, tak zrobił. A wraz z nim drużyna znakomitych muzyków związanych z Nowym Orleanem. Album „Our New Orleans 2005” (Nonesuch) jest kolejnym dowodem, że kataklizm, który materialnie zrujnował ten rejon Ameryki nie pozbawił tamtejszych muzyków woli przetrwania i energii twórczej. Read the rest of this entry »