Gość nie ma szczególnej prezencji. Owszem , postawny, ale jakiś nieforemny. Gęba taka bardziej zakazana. Bracia Rosjanie powiedzieliby: „roża kirpicza prositsa” (pysk, że tylko cegłą walić). Cera dziobata, pomarszczona, rysy grubo ciosane. W tle trzech równie odrażających drabów, żywcem wyjętych z b-klasowego amerykańskiego thrillera. Tak prezentują się na reklamowych fotografiach Artyści – Watremelon Slim & The Workers. Nie ukrywam, że skusili mnie swoją prezencją. Mam dużą tęsknotę za prostym, korzennym i szczerym graniem a ci „dudes” zdawali się spełniać moje oczekiwania. Nabyłem więc wyprodukowany w Kanadzie album „Watremelon Slim & The Workers” (Northern Blues) i mam, co chciałem.
Lider (prawdziwe nazwisko William Homans) jest po prostu świetny. Chropawym głosem po przejściach ryczy naturalnie i stylowo w rejestrach Johna Hiatta czy Roberta Lucasa. Do tego pięknie gra slidem na dobro (mańkut!) i gdzie trzeba gustownie dmuchnie w harmonijkę. Wykonuje niby własne numery (wyjątek „Baby Please Don’ Go”), które brzmią , jak znajome standardy a jednak nie są coverami. Umiejętnie korzysta z pomocy towarzyszących mu oprychów, którzy okazuję się być doskonałymi rzemieślnikami. Wszystko bardzo żwawo się kula, czternastu krótkich raczej numerów słucha się bez chwili znużenia, a pogibać się można, że hej!
To ostatnie, czternaste nagranie jest pożegnalną niespodzianką Slima. Tylko on, jego akustyczne dobro i wyśpiewany po francusku (sic!) manifest: „dopóki życia droga trwa, blues trzyma mnie na szlaku, a kiedy już pożegnam świat, zostawię wam bluesowy ślad”. Amen.
Jan Chojnacki