Z wypowiedzi premiera Leppera dowiedziałem się, że jesteśmy blisko Europy. To dobra wiadomość i pewnie potwierdzą ją także inni europejscy wicepremierzy. Uczynią to z perspektywy multilateralnych relacji globalnych, jak na wicepremierów przystało. Ja z mojej miniperspektywy fana żywej muzyczki oceniam sytuację podobnie a pod pewnymi względami nawet bardziej optymistycznie. Otóż gdyby mierzyć ową bliskość stopniem natężenia wizyt zagranicznych artystów w naszej Ojczyźnie, to mógłbym nawet powiedzieć, że jesteśmy nie tylko blisko Starego Kontynentu ale nawet Ameryki!
Tezę tę zilustruję poniższym przykładem. W mojej ocenie (nie znam w tej sprawie stanowiska premiera Leppera) największą współczesną nadzieją fanów elektrycznej gitary jest Derek Trucks. Nie jestem w tym odosobniony: Derek jest najmłodszym spośród 100 najważniejszych gitarzystów wszechczasów według listy Billboardu. Mniej więcej miesiąc temu ukazał się piąty już, studyjny album tego dwudziestosiedmiolatka „Songlines” (Columbia). Jest to wspaniała płyta! Wirtuozeria podporządkowana artyzmowi, różnorodność stylistyczna przy zachowaniu jednolitego klimatu, doskonałe współbrzmienie wszystkich instrumentów dających tło tęczowej gitarze lidera i wreszcie nadzwyczaj dojrzałe skojarzenie odległych na pozór elementów etnicznych w oryginalną całość. Rytmy afrykańskie, tradycyjne kołysanie rodem z Delty Mississippi, tajemnicza fraza pakistańska, soul, southern rock, jazz…
I teraz proszę sobie wyobrazić, że piszący te słowa a wraz z nim trzy setki polskich fanów miało możność zapoznać się z tymi wspaniałościami na kilka miesięcy przed ukazaniem się „Songlines”. Jesienią ubiegłego roku Derek Trucks tak właśnie grał w Teatrze Muzycznym w Łodzi. W tym więc aspekcie śmiało mogę stwierdzić, że nie tylko jesteśmy blisko, ale nawet przegoniliśmy! Co było do udowodnienia.

Jan Chojnacki