Nigdy nie lubiłem Elvisa Costello. Po pierwsze – za wykorzystywanie imienia Króla do celów autopromocji. Po drugie – za jedno z jego prawdziwych imion (Aloysius – he,he, he!). Po trzecie – za to, że po pijaku obraził kiedyś Raya Charlesa i Jamesa Browna. Po czwarte – za skrzekliwy głos i niemelodyjne kompozycje. Po piąte – że uwiódł Dianę Krall. Dziennikarze anglosascy zawsze się nim zachwycali, bo był bezkompromisowy i awangardowy. Te zachwyty pięknie podsumował mój faworyt David Lee Roth, zauważając, że krytycy go chwalą, bo wyglądają tak, jak on.
Mam parę płyt Aloysiusa, ale głównie dla artystów, z którymi nagrywał, bo obracał się w niezłym towarzystwie (miał dobry management i lubił wypić). W przyszłym tygodniu pokaże się kolejne koniunkturalne (wszyscy teraz się kręcą wokół Nowego Orleanu) dzieło Costelaka zrealizowane głównie przez tego drugiego. A jest nim Allen Toussaint – artysta, którego szanuję i wielbię niezależnie od tego, czy jest kompozytorem, wykonawcą czy producentem. We wszystkim, co robił i robi nie ma miejsca na puste manifesty, skandalizujące oświadczenia i puszenie piór. Jest sama muzyka, puls miasta nad Zatoką i esencja tajemnicy afro-latyno-kreolskiej. „The River In Reverse” (Verve) przynosi 13 nagrań, w których udało się Toussaintowi skojarzyć pogrobowców The Attractions z klasycznym brzmieniem nowoorleańskim opartym na fantastycznej sekcji dętej i oczywiście wspomaganym klawiszami Naomi Neville (to pseudonim Allena, pod którym napisał m.in. słynne „Fortune Teller”). Niestety, pod połową numerów podpisał się Declan Patrick Aloysius McManus. I te należy pominąć. Ale jeżeli się skorzysta z funkcji programatora w odtwarzaczu CD wciskając kolejno 1,2,3,5,10 i 13, to można osiągnąć bardzo przyjemny rezultat – pół godziny miłego kołysania z rzadka tylko przerywanego skrzekliwym porykiwaniem.
Jan Chojnacki