Archive for Maj, 2006

BLUES CORNER 136

Nigdy nie lubiłem Elvisa Costello. Po pierwsze – za wykorzystywanie imienia Króla do celów autopromocji. Po drugie – za jedno z jego prawdziwych imion (Aloysius – he,he, he!). Po trzecie – za to, że po pijaku obraził kiedyś Raya Charlesa i Jamesa Browna. Po czwarte – za skrzekliwy głos i niemelodyjne kompozycje. Po piąte – że uwiódł Dianę Krall. Dziennikarze anglosascy zawsze się nim zachwycali, bo był bezkompromisowy i awangardowy. Te zachwyty pięknie podsumował mój faworyt David Lee Roth, zauważając, że krytycy go chwalą, bo wyglądają tak, jak on.
Mam parę płyt Aloysiusa, ale głównie dla artystów, z którymi nagrywał, bo obracał się w niezłym towarzystwie (miał dobry management i lubił wypić). W przyszłym tygodniu pokaże się kolejne koniunkturalne (wszyscy teraz się kręcą wokół Nowego Orleanu) dzieło Costelaka zrealizowane głównie przez tego drugiego. A jest nim Allen Toussaint – artysta, którego szanuję i wielbię niezależnie od tego, czy jest kompozytorem, wykonawcą czy producentem. We wszystkim, co robił i robi nie ma miejsca na puste manifesty, skandalizujące oświadczenia i puszenie piór. Jest sama muzyka, puls miasta nad Zatoką i esencja tajemnicy afro-latyno-kreolskiej. „The River In Reverse” (Verve) przynosi 13 nagrań, w których udało się Toussaintowi skojarzyć pogrobowców The Attractions z klasycznym brzmieniem nowoorleańskim opartym na fantastycznej sekcji dętej i oczywiście wspomaganym klawiszami Naomi Neville (to pseudonim Allena, pod którym napisał m.in. słynne „Fortune Teller”). Niestety, pod połową numerów podpisał się Declan Patrick Aloysius McManus. I te należy pominąć. Ale jeżeli się skorzysta z funkcji programatora w odtwarzaczu CD wciskając kolejno 1,2,3,5,10 i 13, to można osiągnąć bardzo przyjemny rezultat – pół godziny miłego kołysania z rzadka tylko przerywanego skrzekliwym porykiwaniem.

Jan Chojnacki

BLUES CORNER 135

Niemal równocześnie ukazały się płyty dwóch wykonawców, których lubię i szanuję. Obaj są śpiewającymi gitarzystami, oscylującymi na pograniczu bluesa i rocka. Repertuarowo też są podobni – w równym stopniu korzystają ze sprawdzonych standardów i z własnej twórczości mocno zakorzenionej w tradycji. Swoje nowe albumy zrealizowali niemal identycznymi zestawami instrumentalnymi i podobnymi rozwiązaniami aranżacyjnymi. Różnią się natomiast wpisami w metrykach urodzenia – Gary Moore ma dziś 54 lata a Joe Bonamassa skończył w maju lat 29. Ćwierć wieku w historii współczesnej muzyki popularnej to okres dramatycznych zmian dla jej formy i treści. Jednym z najczytelniejszych tego dowodów jest to, że gitara elektryczna, która jeszcze na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych była symbolem pop kultury dziś zdaje się być tylko jej marginalnym elementem. Na szczęście dla fanów gitary jej dojrzali mistrzowie nadal są aktywni i w dobrej formie (casus Moore) a młodziaki, na przekór wszechogarniającej estetyce komputerowego plastiku, łoją aż serce rośnie (vide Derek Trucks i właśnie Bonamassa).
Zachęcam wszystkich, którzy odczuwają jeszcze potrzebę obcowania z naturalnymi dźwiękami gitarek do zapoznania się z albumami „You & Me” (Provogue) Joe Bonamassy i „Old New Ballads Blues” (Eagle) Gary’ego Moore’a. A z ich zdobyciem nie powinno być trudności, bo chłopaki z Mystic Productions szczodrze obdzielili nimi „dobre sklepy płytowe”. I mam nadzieję, że na tym nie popłyną, bo elektryczną gitarkę kochają i młode dziewczęta i starsi panowie.

Jan Chojnacki

BLUES CORNER 134

Sprawiłem sobie najdroższe cappuccino w życiu. Kosztowało w przeliczeniu na nasze 45 PLN i przyleciało do mnie aż z Japonii. No, ale za łyk używki przyrządzonej przez Eryka Claptona gotów jestem nadwyrężyć domowy budżet. „Cappuccino” (Victor) to wydany wyłącznie w Japonii singielek (2 nagrania i 2 remiksy). Stoi za nim niejaki Hiroshi Fujiwara, wedle danych zdobytych w sieci – 93 pozycja wśród 100 najważniejszych artystów japońskich. Ten Hiroshi przemazał się już w kręgu sir Eryka jako współproducent DVD „Sessions For Robert J” (Reprise). Tym razem występuje chyba jako muzyk, albo producent muzyczny. Chyba, bo poza tytułem, cała płytka opisana jest krzaczkami. Nie pierwszy raz w karierze Clapton angażuje się w przedsięwzięcie muzyczno-towarzyskie nie pasujące zgoła do tego, do czego nas przyzwyczaił. Fani pamiętają sesje „The Tony Rich Project” (BMG) czy „T.D.F. Retail Therapy” (Reprise), w których na tle chilloutowych brzmień EC grał swoje. I tu jest podobnie.
„Cappuccino” rozpoczyna intro grane na akustycznej gitarze, utrzymane w klimacie „Circus”. Jest fajnie, jak przy pierwszym słuchaniu „Unplugged”. Niepokoi tylko beznamiętne pukanie syntetycznych bębenków. Po 20 sekundach gitarka ustępuje miejsca niepewnemu kobiecemu głosowi, który na granicy fałszu coś tam mruczy w języku Kraju Kwitnącej Wiśni. Refrenik i króciutki gitarowy „bridge”, po nim znowu japońskie szemranie, parę taktów gitary z delikatnym fortepianem i po wszystkim – 3:45. Druga ścieżka to instrumentalny remiks poprzedniej: wokalistka mruczy już tylko scatem, gitara gada z fletem, w tle zamglone smyki, automat udaje szczoteczki Steve’a Gadda a ja już się kołyszę. I tak przez ponad 5 minut. Trzecie nagranie nosi tytuł „MIME (K.U.D.O. Remix)” – w podkładzie po japońsku zdubbowane reggae a na tym tle czterominutowe śpiewne solo gitary Claptona. Numer czwarty i ostatni to wyjściowa wersja „MIME” czyli dużo bardzo stonowanych syntetycznych dźwięków otaczających swymi oparami improwizacje gitarzysty. I koniec – w sumie 20 minut muzyki, w sam raz, by dopić ciepłe jeszcze cappuccino.
Teraz się przyznam, że kawa, nawet w postaci espresso correto w San Gimignano, nie zdołała mnie uzależnić. A cappuccino made by Hiroshi/Eric już mnie ma. I nie blues to, tylko najczystszej próby smuw dżez. Czego to ja doczekałem!?

Jan Chojnacki