Archive for Czerwiec, 2006

BLUES CORNER 138

Niezwykle ożywioną i godna najwyższej pochwały aktywność na polu krzewienia rodzimych bluesowych nutek prowadzi ostatnio katowicki Metal Mind Productions. Tomek Dziubiński ma jaźń w tajemnych proporcjach podzieloną pomiędzy żelaznym gitarowym młotem a śląską tradycją, do której przecież granie bluesa należy. Dzięki MM odżyła pełna dyskografia SBB, powróciły niesłusznie zapomniane nagrania Krzaka, docierają do nas aktualne realizacje Jana „Kyksa” Skrzeka a teraz, ku mojemu zadowoleniu, objawiła się kompilacja dokonań wrocławskiej Recydywy („Recydywa” – Metal Mind Productions).
Nie mogę, niestety, dzielić tego zadowolenia z twórcą i liderem Recydywy – Andrzejem Pluszczem, który odszedł od nas na zawsze w zimną grudniową noc ubiegłego roku. Postać to znacząca dla polskiego rocka, bluesa i jazzu. Urodzony w Krakowie, muzycznie związany był nierozłącznie z Wrocławiem jako czołowy uczestnik takich legendarnych już dziś przedsięwzięć jak: Crash, Nurt, Pakt, Spisek Sześciu czy Romuald i Roman. Recydywę powołał do życia w 1985 roku i wkrótce okazało się, że to przypadkowo powstałe trio jest jedną z największych atrakcji rodzimego blues-rocka. Takie polskie ZZ Top. Poza Andrzejem, który śpiewał i grał na basie zespół tworzyli: Alek Mrożek – gitara i Irek Nowacki – perkusja. Andrzej miał do swojego śpiewania zdrowy stosunek – nazywał je ryczeniem. Tym ryczeniem potrafił jednak tchnąć, jak to mówią, nowego ducha w stare numery. Takim sposobem uaktualnił wdzięcznie „Jenny” Mayalla („Blues For Annie”) czy słynną „Lucziję” Michaja Burano („Lucyna”). Koncertowe wersje tych i pięciu innych utworów znalazły się na debiutanckim albumie „Recidive In Concert” (Poljazz, 1986) a teraz stanowią trzon kompilacji Metal Mindu. Resztę wypełnia znaczny fragment studyjnego albumu „Równowaga strachu” (Muza, 1986), ze świetną piosenką Andrzeja Mogielnickiego „PKP” oraz dwa ostatnie nagrania zrealizowane przez Recydywę w 2003 roku: „Kac gangstera” i „Bez kobiety”.
Dla mnie nostalgiczne wspomnienie wspólnych występów estradowych, jam sessions i after jams. A dla wszystkich, którzy nie mieli żywego kontaktu z Recydywą to będzie prawdziwe odkrycie. Niestety, już bez recydywy.

Jan Chojnacki

BLUES CORNER 137

Działalność archiwistów grzebiących po półkach renomowanych firm płytowych wywołują u mnie bardzo sprzeczne emocje. Z jednej strony nadzieja na nowe, nieznane i być może dobre nagrania, a z drugiej niechęć związana z potencjalnym naruszeniem domowego budżetu. Z tymi nadziejami różnie bywa. Czasami są to po prostu zremasterowane oryginalne nagrania, czasem bonusik w postaci wcześniej niepublikowanego odrzutu z sesji albo „full version with the alterante vocal mix less flute in the second chorus”. Rzadziej błysk w postaci zagubionej przed laty perełki. Awizowana niechęć znajduje prawie zawsze potwierdzenie w postaci pustki w portfelu i kolejnego kłopotu, co zrobić z poprzednią wersją płyty, która od lat stoi już na półce. Ale bywają też przypadki pełnej satysfakcji. Oto jeden z nich.
Wydając Revolvera a następnie Sierżanta Beatlesi dali sygnał współczesnym im wykonawcom i producentom do ujawniania całej ich wyobraźni i twórczej potencji. Jedną z najbardziej kreatywnych firm wydawniczych była wówczas londyńska Decca, a zwłaszcza jej sub-label – Deram. Dzięki niej świat poznał talent takich formacji, jak: Caravan, East Of Eden, Giles, Giles & Fripp a przede wszystkim The Moody Blues. To ten zespól we wspólpracy z The London Festival Orchestra nagrał w 1967 roku album „Days Of Future Passed”, na którym psychedelia, rock and roll i muzyka klasyczna pioniersko splotły się w artystyczny i komercyjny sukces. Kolejne cztery long playe: „In Search Of The Lost Chord”, „On the Threshold Of A Dream”, „To Our Children’s Children’s Children” i „A Question Of Balance” niesłychanie wzbogaciły spektrum muzyki pop. Na miarę możliwości ówczesnej techniki były to nagrania niezwykle barwne i przestrzenne. W następnym dziesięcioleciu podjęto próbę udoskonalenia przekazu dźwiękowego publikując te płyty w formacie kwadrofonicznym. Teraz po prawie 40 latach ukazały się one w wersji godnej XXI wieku: cyfrowo zremasterowane w technologiach SACD i 5.1 surround i przyodziane w cudne digipaki z zachowaniem oryginalnej szaty graficznej. Brzmi to wszystko doskonale i wygląda bardzo elegancko. A do tego jest też parę nowości i ciekawostek, jak chociażby moodybluesowa wersja przeboju Animalsów „Don’t Let Me Be Misunderstood”. Krótko mówiąc – dla kolekcjonera to obowiązek.
Z pewną obawą jednak myślę o przyszłości. Cwaniaki z Dekki już pewnie odkurzyli jakieś zapomniane nagrania Thin Lizzy albo Keef Hartley Band a masteringowcy rychtują cyfrowe piórniczki. I pomyśleć, że równie interesujące mogą być archiwa Immedaite, Fontana czy Pye…
Archiwiści, litości!
Jan Chojnacki