Archive for Lipiec, 2006

BLUES CORNER 140

Lato jest. Jak byłem małym chłopcem też było. Tyle, że wtedy truskawki były słodkie, jak usteczka BB, porzeczki wielkie i nabrzmiałe, jak frontowe elementy BB a lubaszki pokryte cudnym meszkiem, jak…Tu, jako obleśny starzec się zatrzymam we wspomnieniach i przejdę dziarsko do współczesności, by oświadczyć, że poza czereśniami poznańskimi owoce tego lata niespecjalne są. Chyba, że ktoś moim wzorem trafi na brzoskwinkę deluxe edition.
„Eat A Peach (Deluxe Edition)” (Universal) to kolejna reedycja jednego z trzech ulubionych albumów The Allman Brothers Band. Analogowy oryginał ukazał się w 1972 roku a potem w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych były wznowienia na CD. Teraz mamy ten pyszny owocek w kolekcjonerskiej serii Universalu. Deluxe edition, w której ukazały się już między innymi katalogowe płyty Claptona, Blind Faith, Cream i The Who charakteryzuje się dużą starannością edytorską i ambicją udostępniania fanom nagrań wcześniej niepublikowanych. Podobnie rzecz się ma z „Brzoskiwnką”. Tym razem pakiecik zawiera 2 płytki CD: pierwsza to starannie zrobiony remaster oryginału, druga – 9 premierowych w legalnym obiegu nagrań z ostatniego koncertu ABB w Fillmore East 27 lipca 1971 roku. Ten premierowy repertuar pokrywa się dokładnie z programem pierwszego albumu Braci „The Allman Brothers Band At Fillmore East” (n.b. – ukazał się on w wersji Deluxe w 2003 r.), tyle że numery ułożone są w nieco zmienionej kolejności. Odstawiając to cudo na półkę, spostrzegłem z lekkim zaskoczeniem, że stoją tam już trzy inne wersje koncertów Allmanów z Fillmore East. A w bardziej zakurzonym rejonie archiwum jest jeszcze to samo na analogu. Zapyta ktoś: po co ci to Janku, możeś chory? I coś jest na rzeczy. Pociesza mnie fakt, że podobną przypadłość ma kilkaset tysięcy ludzi na świecie, dla których Southern rock jest symbolem muzycznej prawdy pokolenia: żywy, prawdziwy, wypełniony twórcza improwizacją rock and roll.
Brothers and sisters: Eat a peach!

Jan Chojnacki

BLUES CORNER 139

W 1971 roku 23-letni wówczas fan bluesa Bruce Iglauer, zafascynowany żywiołem muzyki Hound Dog Taylora, postanowił przeznaczyć oszczędności w kwocie ok. 1000USD na wyprodukowanie płyty swojego faworyta. Sesja trwała dwa dni. Wykorzystano prosty dwuśladowy magnetofon, zrezygnowano z jakichkolwiek dogrywek i poprawek i w formie tzw. setki wysłano taśmę do tłoczenia. Wyprodukowano 1000 egzemplarzy albumu „Hound Dog Taylor and The Houserockers” a na naklejkach umieszczono podobiznę sympatycznego aligatora i dumną nazwę Alligator Records. Tak 35 lat temu powstała najważniejsza amerykańska niezależna wytwórnia płytowa. Dziś ma w swoim katalogu ponad 200 tytułów, 34 nominacje do Grammy, kilkadziesiąt nagród W.C. Handy’ego i dystrybutorów na całym świecie. W ubiegłym stuleciu i ja do nich należałem a w XXI wieku tę zaszczytną rolę spełnia krakowski Rock Serwis. I niech blues ma go w swojej opiece!
Spośród czerwcowych nowości Alligatora najbardziej ucieszył mnie album Lil’ Ed and The Blues Imprerials „Rattleshake”. To ulubiona formacja Iglauera. Zapewne przypomina mu ona nieodżałowanego Hound Doga Taylora, emanując podobną energią, żarliwością i prostotą. Lil’ Ed Williams jest gitarzystą z rockowym zacięciem o czym daje znać w rozpoczynającym płytę nagraniu „Leaving Here”. Tę kompozycję tandemu Dozier/Holland wykorzystywali w przeszłości The Who, Motorhead i Pearl Jam. Mały Edek stworzył swoją własną funkowo-grungeową wersję, ale z chicagowskimi akcentami. Pozostałe 12 numerów to głównie ogniście taneczne shuffles i boogies. Ale zdarzają się też momenty spokojniejsze, jak chociażby oryginalne wykonanie „Tramp On Your Street” barda honky tonk Billy’ego Joe Shavera czy własny kołyszący blues Williamsa „Nobody’s Fault But My Own”. Tak, jak 35 lat temu Hound Dog Taylor, tak dziś Lil’ Ed dziarsko podtrzymuje pochodnię chicagowskiego bluesa. Bardzo polecam.

Jan Chojnacki