Archive for Sierpień, 2006

BLUES CORNER 143 – 29 SIERPNIA 2006

Jam bands to bardzo specyficzna kategoria wykonawców szeroko rozumianego rocka, całkowicie pomijana we współczesnych radiach komercyjnych. Nie dziwota, bo przecież z definicji taki zespół „dżemuje” czyli gra długie, w znacznej części improwizowane numery, czasami, o zgrozo, lekko jazzujące. Pionierskim jam bandem było trio Cream, a legendę tej estetyki utrwaliły zespoły Grateful Dead i The Allman Brothers Band. Dziś jam bandy nadal mają zastępy wiernych fanów wywodzących się głównie z rejonów post-hipisowskich. Jest to jednak tradycja zakorzeniona głównie z Ameryce, choć i w naszej części świata można spotkać takich cudaków, jak chociażby nasz nomen-omen Dżem.
Nie o Dżemie jednak będzie, a o jednym z wiodących amerykańskich jam bandów czyli o Gov’t Mule. Zespół niedawno odwiedził Polskę (12 lipca grał w warszawskim Palladium) a w ubiegłym tygodniu odbyła się amerykańska premiera jego nowego albumu „High & Mighty” (ATO), który polski dystrybutor Rock Servis udostępni nam 3 września. Płyta zawiera 12 nagrań tradycyjnego gitarowego rocka stanowiących tło dla zdecydowanie męskiego wokalu Warrena Haynesa. Muzyka GM skupia w sobie najlepsze tradycje Cream, Free, Led Zeppelin, Deep Purple, RHCP, leciutko oscylując chwilami stronę southern rocka. Pojemność płyty CD uniemożliwia muzykom szaleństwa improwizacyjne. Najdłuższy, podlany reggae numer „Unring The Bell” trwa ledwie 8 minut! Ale i tak wszystkie partie instrumentalne dają świadectwo żywej interakcji miedzy muzykami. Ta, wszakże, rozwija się w pełni dopiero podczas koncertów. Mieliśmy tego dowód podczas wspomnianego koncertu w Warszawie. Kto na nim nie był może sięgnąć do zasobów sieci www i na stronie GM odnaleźć zakładkę z rejestracją tego wydarzenia a następnie za ok. 40 zł utrwalić je na własnym twardym. Gov’t Mule, bowiem, wzorem większości jam bandów, rejestruje wszystkie swoje koncerty i stawia je do dyspozycji fanów w internecie.
Wiszą więc w sieci tysiące gigabajtów i kuszą maniaków, którym coraz bardziej brakuje czasu na inne przyziemne zajęcia. O czym osobiście coraz częściej się przekonuję.

Jan Chojnacki

BLUES CORNER 142

“When I walk into a room some people see a dog, some people see a cow. I am all of what they see. It is their perception.” Dokładnie nie wiem co o tym sądzić, ale tak właśnie mówi sam o sobie Steven Seagal. Niezorientowanych informuję, że SS to: actor filmów akcji, 7 dan aikido, 193 cm wzrostu, ojciec sześciorga dzieci i ojciec chrzestny jedynego potomka 10 Panczen Lamy Tybetu, obrońca praw zwierząt, winiarz, płynnie władający językiem japońskim, kolekcjoner japońskich mieczy, telefonów i gitar. Wiedzę powyższą posiadłem jednak bynajmniej nie dlatego, żem miłośnik filmów akcji i walk Wschodu. Zainteresował mnie otóż fakt, że ten bardzo pięknie umięśniony mężczyzna nagrał bluesową płytę!
Już w 2004 roku zaciekawiło mnie, co też mogło sprawić, że sam Stevie Wonder nagrał piosenkę ze Stevenem. Nabyłem w związku z tym album „Songs From The Crystal Cave” (Warner Music France), na którym znalazła się kompozycja SS „My God”. W nagraniu tym Seagal śpiewa, gra na rożnych gitarach i glinianym dzbanku, a Stevie towarzyszy mu na harmonijce ustnej. Dowodzi ono, że Natura obdarzając SS nadzwyczajnymi uwarunkowaniami somatycznymi pominęła struny głosowe a Wonder w pełni zasługuje na swoje nazwisko. Poza tym całkiem przyzwoity kawałek z gatunku world-pop. W podobnym duchu utrzymana jest cała płyta. Jest też polonicum: kilku nagrań dokonano w studiu Buffo w Warszawie pod wodzą Jarka Regulskiego. No i jest też zadziwiający casus prawny: Seagal podpisał się jako autor pod piosenką „Lollipop”, która jest stuprocentową kopią słynnego przeboju Millie Small z 1964 roku „My Boy Lollipop” (Morris Levy/J. Roberts/Robert Spencer ). Ale kto podskoczy karatece?
Opisane wyżej doświadczenie nie powstrzymało mnie przed nabyciem tegorocznej płyty Mistrza Aikido, zatytułowanej „Mojo Priest” (EMI) a firmowanej przez Niego i formację Thunderbox. Zanosiło się, bowiem, na to, że renesansowo utalentowany artysta zdecydował się ukierunkować swoją twórczość w stronę estetyki mi najbliższej, czyli bluesa. Zwiastowały to tytuły nagrań: „Red Rooster”, „Hoochie Koochie Man”, „Dust My Broom” czy „Shake” a także nazwiska gości: Ruth Brown i Bo Diddley. Rzeczywistość to potwierdziła a nawet dostarczyła miłych niespodzianek. Otóż w nagraniu „Hoochie Koochie Man” udało się Seagalowi wystąpić na tle bluesowego dream-teamu: gitara slide – Bob Margolin, harmonijka – James Cotton, klawisze – Pine Top Perkins, bas – Calvin Jones, perkusja – Willie „Big Eyes” Smith. To może jedna z ostatnich okazji, by usłyszeć śmietankę chicagowskiego bluesa w takiej konfiguracji i w tak dobrej formie. Jest to jednak najmocniejszy punkt całej płyty. Steven Seagal jest bardzo przeciętnym gitarzystą, pozbawionym inwencji kompozytorem i miernym wokalistą (aż dziw, że w tak potężnym organizmie zainstalowano tak wątły aparat wokalny!). Po wysłuchaniu płytkę można ze spokojem odstawić na półkę z etykietką „Ciekawostki”.

Jan Chojnacki

BLUES CORNER 141

W naszym dochodzeniu do Europy doszliśmy do etapu, w którym letnie festiwale bez reszty mogą wypełnić wakacje współczesnego małolata. Spotkałem niedawno taką rozrywkową grupkę, która w lipcu zaliczyła Heinekena, Maltę, coś tam-coś tam, Woodstock i festiwal Ryśka Riedla w Tychach. Tam właśnie ich spotkałem w ostatni wikend lipca. Karimata, namiocik, umiejętność korzystania z darmowych przejazdów PKP i przebogata oferta rodzimych organizatorów życia artystycznego sprawiają, że przez dwa wakacyjne miesiące można się napompować kulturą na resztę roku.
O festiwalu Ryśka Riedla pisałem już na chyba dwa lata temu w Blues Cornerze. Przypomnę więc tylko, że jest to organizowana już od 8 lat dwudniowa impreza typu „open air” w malowniczym miejscu nad jeziorem zwanym Paprocany. Repertuarowo pełny eklektyzm: Coma i Perfect, Hey i Dżem a do tego konkurs debiutantów. Publiczność równie eklektyczna. Obok wspomnianych festiwalomanów – wielopokoleniowe rodziny z okolicznych familoków, prezesi banków i amatorzy Harleya Davidsona, niemowlaki i zbowidowcy. Wszystko w przyjaznej harmonii piwnej z przyrodą.
W tym roku po raz pierwszy wystąpiła w Paprocanach gwiazda z zagranicy, a nawet zza Antlantyku – Taj Mahal. Miałem poważne obawy, jak piętnastotysięczny tłum przyjmie weterana amerykańskiej muzyki ludowej. Po pierwsze dlatego, że recital legendarnego bluesmana miał miejsce bezpośrednio po występie Perfectu, a po drugie ze względu na kameralny kształt amerykańskiego zespołu. Taj Mahal w trio sprawdza się w warunkach klubowych, w bezpośrednim kontakcie z publicznością i to z publicznością, która rozumie teksty i ma dystans do jarmarcznej „konferansjerki” lidera. Okazało się, że konfrontacja wielkiej sceny emanującej prostymi , łagodnymi dźwiękami z gigantycznym tłumem rozgrzanym rockowym łomotem sprawiła przyjemność obu stronom. Taj Mahal z kolegami spędził na estradzie ponad 2 godziny, wyraźnie rozkręcając się w miarę upływu czasu, a publiczność wdzięcznie klaskała (niestety, zazwyczaj „na raz”) i domagała się jeszcze. Nie chcę demonizować charyzmy Taj Mahala ani też niezwykłej wrażliwości polskiej młodzieży. Ciepły wieczór, miłe okoliczności przyrodnicze, ogólnie znana kulturotwórcza moc browaru na pewno zrobiły swoje. Ale fakt, że na przednówku IV Rzeczpospolitej pokolenie Dody czuje wibracje praźródeł rock and rolla wprawił mnie w optymistyczny nastrój. A na koniec do Amerykanów dołączyli nasi świetni gitarzyści: Sebastian Riedel, Adam Otręba i Jerzy Styczyński ożywiając tym samym przywiędłą już tradycję jam sessions. Też przyjemnie. Może nie wszystko jeszcze stracone?
Jan Chojnacki
PS. Zainteresowanym polecam płytkę Taj Mahal Trio „Live Catch” (Tradition & Moderne). Dokładnie to brzmienie i ten repertuar, który TM zaprezentował na festiwalu Ryśka Riedla.