Mam takie miejsce na ziemi, gdzie harmonia klimatu, przyrody
i środowiska gatunku ludzkiego pozwala mi odpoczywać prawie absolutnie. Klimat łagodnie śródziemnomorski, przyroda zachwycająca najwybitniejszych mistrzów pędzla a naród przyjazny i zrelaksowany. A do tego możliwość korzystania z większości udogodnień współczesnej cywilizacji. Z większości, ale nie wszystkich. No, bo i po co komu wśród wzgórz Val d’Elsa antena TV satelitarnej czy zasięg sieci komórkowej? Żyłem, więc sobie spokojnie w jedności z gajem oliwnym z prawej, winnicą z lewej, od frontu i zadu otoczony piniami w nieświadomości wydarzeń istotnych dla społeczności dysponującej zasięgami. Do czasu! Wielkie bum! Nastąpiło w niedzielę, 10 września, gdzieś tak około trzeciej po obiedzie. Wtedy to właśnie Nasz Kubica stanął na podium obok Szumiego i Finlandczyka a ja z anonimowego Polacco stałem się powszechnie poważanym przez sąsiadów Toskańczyków rodakiem Tego Co Dołożył Massie. Poważnie owo zaowocowało między innymi tym, że poinformowano mnie, gdzie mogę mieć zasięg oraz, gdzie roztacza się sąsiedzka sieć WI-FI. Tak oto Nasz Kubica otworzył mi wrota nieograniczonego wszechdostępu.
Korzystam teraz z tego dobrodziejstwa, by zdać pokrótce sprawozdanie z bluesowych nowinek w Toskanii. Gdybym miał się zdać na miejscowych fachowców, to w tym miejscu postawiłbym już kropkę. Hasło „blues” autochtonom nie mówi nic. Szef sklepu z płytami w centrum Sieny powiedział wręcz, że istnieje podobno we Włoszech jazz, ale o włoskim bluesie to on nie słyszał. Z niedowierzaniem wstukiwał kilkakrotnie nazwisko Rudy Rotta do swojego włoskiego serwera i bożyl się, że nie ma takiego artysty. Udałem się więc do mojego ulubionego sklepiku w Poggibonsi, który wielokrotnie zaskakiwał mnie swoją bluesową ofertą. I teraz mogę już Państwu zaprezentować nowy album „Some of my favorite songs for…” (Slang Records) firmowany przez Rudy’ego Rottę i przyjaciół: Johna Mayalla, Petera Greena, Briana Augera i Robbena Forda. Zaprezentować– nie znaczy zachęcać. Gitarzysta Rudy Rotta znany był mi dotychczas z instrumentalnych cover versions światowych evergreenów oraz z paru prób z pogranicza popu i bluesa. Tym razem, jak widać, postanowił otoczyć się ikonami gatunku. Ikony zaproszenie przyjęły i wywiązały się ze swoich zadań grzecznie i poprawnie. Otrzymaliśmy szkolne wersje „My Babe” i „You Don’t Love Me” z udziałem Mayalla, „Black Magic Woman” z dychawicznym wokalem Petera Greenbauma, „Truth” z charakterystycznym solem Hammonda B3 Briana Augera czy „ST. James Infirmery” w duecie gitarowym z Robbenem Fordem. Pol biedy z tą szkolną poprawnością. Prawdziwym nieszczęściem tego zbioru jest wiodący wokalista, czyli sam Rudy Rotta, który swój bezbarwny aparat wokalny powinien zachować wyłącznie do zapowiadania swoich występów instrumentalnych.
W ten sposób trochę się zdenerwowałem w moim harmonijnym toskańskim azylu. Uspokajam się jednak powoli mając w niedalekiej perspektywie radość posłuchania duetów Claptona z J.J. Cale’m.
Ciao!
Jan Chojnacki
PS. Pewnie na fali sukcesu Naszego Kubicy tutejsze Radio 3 (Station of the Stars!) wstawilo na palerpleja nagranie nieznanej mi polskiej wokalistki, zatytułowane „C’est la vie”. Artystka reprezentuje gatunek plastik pop. Może ktoś z koleżeństwa pomoże mi zidentyfikować Gwiazdę?