Archive for Październik, 2006

BLUES CORNER 146

Nieregularnie pojawiam się na tych łamach. Nie zawsze potrafię się rozsądnie wytłumaczyć, ale generalnie powinno się stosować do mnie taryfę ulgową, bom przecież inwalida. Cierpię od dzieciństwa na zanik czopków, cokolwiek by to mogło oznaczać. Objawy – częściowa ślepota barw. (Najczęstsza forma ludzkiej ślepoty barw wynika z problemów z czułością czopków na barwy o średniej lub długiej długości fali i pociąga za sobą problemy w odróżnianiu barw czerwonych, żółtych i zielonych od innych barw. Łącznie problemy te określa się jako „ślepotę czerwono-zieloną” (tzw. daltonizm) – cytat za http://pl.wikipedia.org/wiki/Daltonizm).
Jestem więc daltonistą. Po angielsku – colorblind. A mój ukochany artysta Robert Randolph właśnie mnie zadedykował swoją nową płytę – „Colorblind” (Warner Brothers). Więc choć w naszej Ojczyźnie będzie ona dostępna dopiero za dwa miesiące nie wytrzymałem i już teraz chcę się podzielić z Wami – Bracia i Siostry – radością jej posiadania i słuchania. A radość to pełna i szczera, tak jak radosna i naładowana dobrą energią jest muzyka RR.
Randolph jest jedynym znanym mi przypadkiem wirtuoza gry na gitarze pedal steel, który odniósł artystyczny i komercyjny sukces w XXI wieku. Muzykowanie zaczął w swym parafialnym kościele śpiewając tradycyjne gospels z towarzyszeniem elektrycznie wzmocnionego instrumentu zwanego potocznie „gitarą hawajską”. Gospelową emocję słychać w jego nagraniach do dziś, co w połączeniu z hendriksowską pirotechniką i soulowo-funkowymi podziałami daje atomowy rezultat. „Colorblind”, podobnie, jak dwa poprzednie albumy, nagrany został przez Roberta z Family Band (bas, perkusja i Hammond B3). Tym razem jednak są też znaczące i smakowite wkładki: fantastycznie wrzeszczący chórek, piekielnie odjazdowe dęciaki a w dwóch numerach znakomici goście: Eric Clapton („Jesus Is Just Alright) oraz reprezentacja DMB – Dave Matthews i Leroi Moore („Love Is The Only Way”). Ale nawet bez tych gwiazdorskich uzupełnień „Colorblind” jest w moim rankingu płytą jesieni 2006. Jest jeszcze taka możebność, że przebije ją „The Road To Escondido” dwóch panów „C”.
Ale o tym za tydzień. No chyba, że pomylę czerwone z zielonym na skrzyżowaniu Piłsudskiego i Stalina.

Jan Chojnacki

BLUES CORNER 145

Wielkie się porobiły zaległości w zakresie oceny bluesowych nowości. A skoro, pomimo starości, nie brak mi do nich ciekawości przedstawiam garść w pewnej skrótowości:

Maria Muldaur – „Heart Of Mine” (Telarc)
Kolekcja miłosnych pieśni Boba Dylana w wykonaniu jego koleżanki z czasów młodości. Nie radzę ich słuchać w konfrontacji z oryginałami. Zapomnijmy więc o wersjach autorskich Zimmermana i poddajmy się niewątpliwemu urokowi mruczących interpretacji Marii. Chwilami aż trudno uwierzyć, że te piosenki skomponował mężczyzna. Pani Muldaur nasączyła je delikatnym kobiecym erotyzmem. Dobre na długie, jesienne wieczory.

Tony Joe White – „Uncovered” (Swamp Records)
Obok J.J. Cale’a mój najulubieńszy mruczek zza Atlantyku. Głos w dolnych rejestrach na granicy słyszalności a w pozostałych lekko „out of tune”. Płyta zawiera 8 mrocznych kompozycji w typowym dla TJW klimacie lekko dołującej ballady, jedną bardzo mroczną kompozycję J.J. Cale’a w klimacie bardzo dołującej ballady oraz jedną średnio mroczną kompozycję Waylona Jenningsa. Zarówno J.J. jak i Waylon dają również swój głos. Pozostali goście to Clapton, Knopfler i Michael McDonald. Trzeba to mieć!

Ray Charles + The Count Basie Orchestra – „Ray Sings – Basie Swings” (Concord)
Rejestracja wirtualnej sesji Raya z orkiestrą Basiego. Archiwiści wydłubali koncertowe nagrania Charlesa z połowy lat siedemdziesiątych. Zachwyceni warstwą wokalną wycięli elektronicznie nieudany, oryginalny podkład zespołu towarzyszącego i wkleili w to miejsce współczesne aranżacje orkiestry Counta Basiego. Rezultat: przede wszystkim ciekawostka i pewne rozczarowanie brakiem organicznej jedności solisty z zespołem. Ale głos genialny!

Solomon Burke – „Nashville” (Snapper)
Solomon pozazdrościł Charlesowi jego słynnych nagrań w stylu country & western. Powstała nieco eklektyczna kolekcja nagrań, w których producent Buddy Miller (Emmylou Harris) postanowił wymieszać soul, blues, pop i country. Ten zamiar uzyskania kwintesencji amerykańskiej muzyki wydaje się nieco dyskusyjny. Ale spiżowy głos Solomona w duetach z Dolly Parton, Patty Loveless, Gillian Welch czy wspomnianą już Emmylou dzwoni, jak za najlepszych lat.

Skibiński/Winder – „Super Sessions” (Metal Mind)
Rok 1982 – prawda czasu! Najczarniejszy okres pustych półek, cukru na kartki, mundurów na ekranie… A Winder, Skibiński, Martyna, Riedel, Dudek i cała banda śląskich muzykantów kołysze się w swoim zamkniętym świecie bluesów, gogowców i krakowiaczków. Rejestracja serii koncertów tych artystów z tego właśnie okresu jest dla ludzi z mojej półki sentymentalnym przypomnieniem dźwięków, które w szarości WRON dawały jakąś nadzieję, że nie wszystko jeszcze stracone.

Jan Chojnacki