Nieregularnie pojawiam się na tych łamach. Nie zawsze potrafię się rozsądnie wytłumaczyć, ale generalnie powinno się stosować do mnie taryfę ulgową, bom przecież inwalida. Cierpię od dzieciństwa na zanik czopków, cokolwiek by to mogło oznaczać. Objawy – częściowa ślepota barw. (Najczęstsza forma ludzkiej ślepoty barw wynika z problemów z czułością czopków na barwy o średniej lub długiej długości fali i pociąga za sobą problemy w odróżnianiu barw czerwonych, żółtych i zielonych od innych barw. Łącznie problemy te określa się jako „ślepotę czerwono-zieloną” (tzw. daltonizm) – cytat za http://pl.wikipedia.org/wiki/Daltonizm).
Jestem więc daltonistą. Po angielsku – colorblind. A mój ukochany artysta Robert Randolph właśnie mnie zadedykował swoją nową płytę – „Colorblind” (Warner Brothers). Więc choć w naszej Ojczyźnie będzie ona dostępna dopiero za dwa miesiące nie wytrzymałem i już teraz chcę się podzielić z Wami – Bracia i Siostry – radością jej posiadania i słuchania. A radość to pełna i szczera, tak jak radosna i naładowana dobrą energią jest muzyka RR.
Randolph jest jedynym znanym mi przypadkiem wirtuoza gry na gitarze pedal steel, który odniósł artystyczny i komercyjny sukces w XXI wieku. Muzykowanie zaczął w swym parafialnym kościele śpiewając tradycyjne gospels z towarzyszeniem elektrycznie wzmocnionego instrumentu zwanego potocznie „gitarą hawajską”. Gospelową emocję słychać w jego nagraniach do dziś, co w połączeniu z hendriksowską pirotechniką i soulowo-funkowymi podziałami daje atomowy rezultat. „Colorblind”, podobnie, jak dwa poprzednie albumy, nagrany został przez Roberta z Family Band (bas, perkusja i Hammond B3). Tym razem jednak są też znaczące i smakowite wkładki: fantastycznie wrzeszczący chórek, piekielnie odjazdowe dęciaki a w dwóch numerach znakomici goście: Eric Clapton („Jesus Is Just Alright) oraz reprezentacja DMB – Dave Matthews i Leroi Moore („Love Is The Only Way”). Ale nawet bez tych gwiazdorskich uzupełnień „Colorblind” jest w moim rankingu płytą jesieni 2006. Jest jeszcze taka możebność, że przebije ją „The Road To Escondido” dwóch panów „C”.
Ale o tym za tydzień. No chyba, że pomylę czerwone z zielonym na skrzyżowaniu Piłsudskiego i Stalina.
Jan Chojnacki