Archive for Listopad, 2006

BLUES CORNER 151

Nowe płyty są moją wielką radością ale też i permanentną udręką. Układam je w specjalne kupki w zasięgu wzroku z obawy, że jak już raz włożę do odpowiedniej szuflady czy przegródki to zapomnę o nich, nie posłuchawszy. To nie jest specjalnie skuteczna metoda, bo każda nowa kupka zakrywa poprzednią, która równie dobrze mogłaby spoczywać w szufladzie. Może znacie jakieś skuteczniejsze rozwiązanie?
Ale właśnie wdepnąłem w czwarte kupkę w trzecim rzędzie od pawlacza. I co tam mamy?

Jonny Lang – „Turn Around” (A&M)
Cudowne dziecko bluesowej gitary ma już 25 lat. Piąta płyta w dorobku daje świadectwo pewnej dojrzałości, ale mnie zabrakło na niej tak poprzednio charakterystycznej młodzieńczej „dzikiej radości”. Ten album jest jakoś zbyt poważny i w warstwie muzycznej i w tekstowej. Jeżeli ta sztuka odzwierciedla prawdę o stanie ducha artysty, to znaczy, że młodziak musiał już swoje przejść. Bardzo staranna i dobrze brzmiąca realizacja.

Chris Rea – „The Road To Hell & Back” (Polydor)
Pierwszy album Chrisa w nowej wytwórni. Zapis ostatniej (!?) trasy koncertowej czarodzieja gitary slide. Kto był na koncercie Chrisa w Sali Kongresowej wie, że było świetnie. Płyta pokazuje, że równie pięknie było podczas występów na Placu Czerwonym w Moskwie czy w nobliwym Oksfordzie. Ale chyba u nas było najlepiej, bo właśnie dwa nagrania z Warszawy („Jazzy Blue” i „Jospehine”) otwierają tez zbiór. Niesamowita jest też dziesięciominutowa wersja „The Road To Hell”. Nie wierzę, że Chris nie będzie już koncertował!

Lynyrd Skynyrd – „Gimme Back My Bullets” Deluxe Edition (Geffen)
Znowu wydawca naciąga kolekcjonera na kasę. W 30 lat po premierze winylowego LP dostajemy zremasterowany oryginalny zestaw wzbogacony o 4 nagrania koncertowe, jedno „unplugged” i studyjny out take „Double Trouble”. Atrakcja czeka jednak na dołączonej płycie DVD zawierającej rejestrację telewizyjnego występu LS w słynnym programie BBC „Old Grey Whistle Test” w 1975. Kończy ją niesamowita wersja „Free Bird”. Warto!

The Yardbirds – „Five Live Yardbirds” (Charly)
Jeszcze jedna reedycja jednej z najczęściej piratowanych płyt w historii. Tu mamy do czynienia z wersją autoryzowaną przez sprawcę sukcesu The Yardbirds w 1964 roku – Giorgio Gomelsky’ego. Do 10 ogranych już nagrań z koncertu w klubie Marquee wydawca dołożył kolejną dziesiątkę z klubu The Crawdaddy (koncert i próba). Młodzi, uczcie się wymiatania!

Krzak – „Pamięci Skiby” (Metal Mind)
Kolejna sentymentalna podróż do czasów, kiedy panowała „nieakceptowana przez władzę ludową muzyczna solidarność”. Zapis koncertu z festiwalu w Jarocinie z sierpnia 1983 poświęconego zmarłemu dwa miesiące wcześniej Ryszardowi Skibińskiemu. Z Krzakiem jako „house bandem” wystapili: Riedel, Rękosiewicz, Skolias, Izbiński, Sygitowicz i inni bardzo milusińscy. Czasem krzywo, chwilami nierówno, ale z ogromnym czadem. Prawdziwa muzyka.

Jan Chojnacki

BLUES CORNER 150

Z okazji Dużego Jubileuszu (300 x RNL) i małego jubileuszka (150 x Blues Corner) zaopatrzyłem się w cudnie wydany trzypłytowy album Toma Waitsa „Orphans – Brawlers, Bawlers & Bastards” (ANTI-). W amerykańskim portalu, który oferował ten produkt wyczytałem, że pomieszczona w nim twórczość kwalifikuje się do kategorii „urban folk” lub „anti folk”. Tamtejsi specjaliści lubią kategoryzować, bo jak coś ma konkretną nazwę to łatwiej przypisać temu czemuś target grupę i strategię marketingową. Przy całej pokorze dla potęgi amerykańskiej nauki marketingu postanowiłem niniejszym sam skategoryzować nagrania Waitsa z „Sierot”. Wydawnictwo nowe, więc uważniej przesłuchałem tylko CD nr 1 – „Brawlers” (Awanturnicy). Wydało mi się najbliższe mojemu „adult roots oriented” gustowi.

1. Lie To Me – modern garage rockabilly
2. Low Down – fuzzy shuffle
3. 2:19 – swamp march
4. Fish To The Jailhouse – hard core post modern rockabilly
5. Bottom Of The World – modern West Coast sea shanties
6. Lucinda – contemporary field holler
7. Ain’t Goin’ Down To The Well – futuristic country blues classic
8. Lord I’ve Been Changed – profane spirituals
9. Puttin’ On The Dog – laid back hard core blues
10. Road To Peace – anti-protest-political-non-chill out
11. All The Time – devil drive boogie
12. The Return Of Jackie And Judy – soft punk ballad
13. Walk Away – a tribute to willie d.
14. Sea Of Love – paranoid love hymn
15. Buzz Fledderjohn – ugly neighbor urban blues
16. Rains On Me – bad luck folk

Tośmy sobie pożartowali. A tak poważnie – głęboki szacunek dla Artysty niezłomnego w swej oryginalności.

Jan Chojnacki

BLUES CORNER 148

Znów się zebrało sporo remanentów z ostatniego półrocza. Trochę więc nadrobię, choć światełka w tunelu ciągle nie widać. Gatunek ludzki bardzo płodnym muzycznie jest!

Joe Louis Walker – „Playin’ Dirty” (JSP)
Ciekawe, ale ryzykowne przedsięwzięcie. JLW jest doskonałym gitarzystą, oryginalnym wokalistą a także radzi sobie, jako bandleader. Ale utrzymać w napięciu słuchacza przez prawie 50 minut, serwując mu 9 własnych kompozycji wykonanych w trio (gitara, bas, perkusja), to jednak zadanie przekraczające możliwości artysty. W dodatku sesja sprawia wrażenie zrealizowanej w pośpiechu, trochę jakby live. W tym kontekście całkiem nieźle brzmi krótki instrumental „Pickin’ The Blues” i wolny blues „Ain’t It Nice To Be Loved”. Jedynym prawdziwie wartościowym numerem jest jednak otwierająca płytę funkowa wersja „Nobody Wants To Know You…”. Cały album tylko dla aficionados.

Delbert McClinton – „Live From Austin TX” (New West)
W przypadku Delberta nie mogę być obiektywny – ten koleżka zawsze wprawia mnie w dobry nastrój i zachęca do gibania. Odkurzone, sprzed niemal ćwierć wieku nagranie z występu McClintona w ramach słynnego cyklu „Austin City Limits”, choć niedoskonałe technicznie (mało przestrzeni, cherlawy bas), daje pełny obraz radości kontaktu, jaką daje artysta słuchaczom. „Mess Of Blues”, „Going Back To Louisiana”, „Givin’ It Up For Your Love” i na zakończenie fantastyczna wersja „Turn On Your Love Light” – kwintesencja teksańskiej zabawy.

Jimmy Thackery with The Cate Brothers – “In The Natural State” (Ryko)
“It’s musical masterpiece!” – tak zachwala ten album gubernator stanu Arkansas Mike Kuckabee. Gdybym podobną pochwałę wykonawcy napisaną ręką wojewody małopolskiego znalazł na płycie Zenka Czubatki i Sióstr Bednarek węszyłbym polityczną podpuchę. Ale w tym przypadku, znając przeszłość Jimmy’ego i Braci nie ryzykowałem. Może pan gubernator przesadził trochę z tym arcydziełem, ale płytka zawiera solidną porcję tradycyjnego, naturalnego gitarowego grania z pogranicza bluesa i roots (cokolwiek by to miało oznaczać). Polecam zwłaszcza instrumentalne „Arky Shuffle” i ckliwie zabawną balladkę „I’ll Come Running Back To You”.

Ike Turner – „Risin’ With The Blues” (Zoho)
Z historii wiadomo, że Ike’m nie ma żartów – siedział w pierdlu, tłukł żonę, nadużywał tego i owego, ale przede wszystkim zasłużył się słynnym „Rocket 88”. I powiem Wam, że ten album siedemdziesięciopięciolatka świadczy o tym, że i dziś muzycznie dziadek Turner nie żartuje. Jest oryginalny we wszystkim. Wokalnie brzmi, jak lekko najarany Screamin’ Jay Hawkins, frazuje na gitarze z niebywałym odlotem a repertuarowo miesza tradycje jazzu („Senor Blues” Horace’a Silvera), jump bluesa („Caldonia”) z własnymi oryginałami ocierającymi się o hip-hop („Gimmie Back My Wig”). Z Ike’m nie ma żartów. Ale nie trzeba go się bać. Raczej podziwiać.

Jan Chojnacki

BLUES CORNER 147

Escondido to miłe miasteczko w Kalifornii, mniej więcej w 2/3 drogi z LA do San Diego. Jadąc na południe z LA należy za Oceanside zjechać z highway nr 5 w drogę stanową nr 78. Pokonawszy ok. 14 km krętą szosą wsród zielonych wzgórz i winnic osiągamy cel – położony w dolinie kompleks miejski (140.000 mieszkańców). Największą atrakcją Escondido jest Wild Animal Park, czyli zoo, w którym dzikie gady, płazy, ssaki i ptaki żyją korzystając z całkowitej niemal swobody. A poza tym mnóstwo sklepów, restauracji, centrum teatralno-estradowe, urządzenia sportowe. Bardzo przyjemnie.
Od 6 listopada Escondido (po hiszpańsku – „ukrtye”) będzie również hasłem rozpoznawalnym przez fanów muzyki „na luzie” wynalezionej przez J.J. Cale’a. W tym dniu ukazała się wspólprodukowana przez niego i Claptona płyta „The Road To Escondido” (Reprise). Album równorzędnych, świetnie rozumiejących się i uzupełniających się partnerów. Inicjatorem przedsięwzięcia był sir Eric, od ponad trzydziestu lat zafascynowany i inspirowany estetyką J.J.’a. To on na dał do dyspozycji projektu swój label (Reprise), koproducenta Simona Climiego i współpracujących z nim gitarzystów: Doyla Bramhalla II, Dereka Trucksa i Alberta Lee. Wymyślił też projekt okładki i skomponował jedną z 14 piosenek. Z pewnością Clapton był spiritus movens tego wydarzenia. A jednak uważam, że jest to płyta bardziej Cale’a niż jego. Twórczy uniwersalizm EC został przyćmiony oryginalnie archaicznym klimatem muzyki Cale’a. Myślę, wszakże, że Slowhand poddał się temu klimatowi z pełnym przekonaniem i radością.
Potęga sztuki J.J’a, przy zachowaniu wszystkich proporcji, zasadza się na tym samym, co wnieśli do współczesnej muzyki B.B. King, Dylan czy John Lee Hooker – na osobistej szczerości przekazu. Kołyszące szeptanki Cale’a są jednocześnie kojące i podniecające, jego gitarowe „fills” zachwycają prostotą połączoną z finezją a wymyślone przez niego cudne melodyjki zawierają zawsze jakąś lekką tajemnicę. To wszystko udało się zachować w drodze do Escondido – klejnot muzyki J.J. Cale’a oprawiony w najszlachetniejsze ramy. Słuchajcie z rozkoszą!

Jan Chojnacki