„Naprawdę nigdy nie byłem nikim innym niż byłem – muzykiem folkowym, wpatrującym się załzawionymi oczyma w szary tuman, układającym pieśni unoszące się w fosforyzującej poświacie” – napisał Bob Dylan w pierwszym tomie swych „Kronik”. Jestem pewien, że słowa te mogą być również osobistym manifestem Lucindy Williams. Od trzydziestu lat jest znaczącą postacią w amerykańskiej muzyce, cenioną zwłaszcza przez znającą się na rzeczy branżę. Ma opinię perfekcjonistki – dlatego też przez te dziesięciolecia nagrała ledwie 9 albumów, w tym również koncertowe. Stworzyła własny świat złożony z oszczędnych dźwięków, monotonnej pulsacji i indywidualnego przekazu dotykającego głębi ludzkiej duszy. Jej tegoroczny album „West” (Lost Highway) jest wręcz hipnotyczny w tej oszczędnej monotonii. 
Słucham tej płyty i słucham, i choć z pozoru niewiele się na niej dzieje to za każdym razem wydaje mi się inna: raz tylko kołysząca, albo właśnie głęboko refleksyjna czy też wzbudzająca podziw maestrią aranżacji. I nieodparcie kojarzy mi się z aurą Dylana, nie jako jego naśladowczyni ale kobiecy odpowiednik.
Dylanowi przylepiono znienawidzoną przez niego etykietkę sumienia pokolenia („Przecież tylko wykonywałem piosenki, które były całkiem nieskomplikowane, wyrażały nowe realia. Niewiele łączyło mnie z pokoleniem, którego głosem miałem być…”). Lucinda tworzy w innym czasie i rzeczywistości. Nie musi się opędzać przed ideologiczną kategoryzacją. Jest tylko artystką folkową „wpatrującą się załzawionymi oczyma w szary tuman”. „West” to piękna, mądra i bardzo wciągająca płyta.
Jan Chojnacki
Cytaty: Bob Dylan „Moje kroniki – cześć 1”, tłumaczenie Jacek Sikora, Wydawnictwo Dolnośląskie.


