Archive for Marzec, 2007

BLUES CORNER 160

Naprawdę nigdy nie byłem nikim innym niż byłem – muzykiem folkowym, wpatrującym się załzawionymi oczyma w szary tuman, układającym pieśni unoszące się w fosforyzującej poświacie” – napisał Bob Dylan w pierwszym tomie swych „Kronik”. Jestem pewien, że słowa te mogą być również osobistym manifestem Lucindy Williams. Od trzydziestu lat jest znaczącą postacią w amerykańskiej muzyce, cenioną zwłaszcza przez znającą się na rzeczy branżę. Ma opinię perfekcjonistki – dlatego też przez te dziesięciolecia nagrała ledwie 9 albumów, w tym również koncertowe.  Stworzyła własny świat złożony z oszczędnych dźwięków, monotonnej pulsacji i indywidualnego przekazu dotykającego głębi ludzkiej duszy. Jej tegoroczny album „West” (Lost Highway) jest wręcz hipnotyczny w tej oszczędnej monotonii. lucinda.jpg

Słucham tej płyty i słucham, i choć z pozoru niewiele się na niej dzieje to za każdym razem wydaje mi się inna: raz tylko kołysząca, albo właśnie głęboko refleksyjna czy też wzbudzająca podziw maestrią aranżacji. I nieodparcie kojarzy mi się z aurą Dylana, nie jako jego naśladowczyni ale kobiecy odpowiednik.
       Dylanowi przylepiono znienawidzoną przez niego etykietkę sumienia pokolenia („Przecież tylko wykonywałem piosenki, które były całkiem nieskomplikowane, wyrażały nowe realia. Niewiele łączyło mnie z pokoleniem, którego głosem miałem być…”). Lucinda tworzy w innym czasie i rzeczywistości. Nie musi się opędzać przed ideologiczną kategoryzacją. Jest tylko artystką folkową „wpatrującą się załzawionymi oczyma w szary tuman”. „West” to piękna, mądra i bardzo wciągająca płyta.
Jan Chojnacki
Cytaty: Bob Dylan „Moje kroniki – cześć 1”, tłumaczenie Jacek Sikora, Wydawnictwo Dolnośląskie.

BLUES CORNER 159

Sukces The White Stripes wywołał modę, powiedzmy – módkę, na granie bez basu. W klimatach zbliżonych do moich z powodzeniem stosują ten zabieg The Black Keys czy Radio Moscow. Część dojrzałej publiczności bije im pokłony za pionierstwo i innowacyjność. Ja, natomiast, jako reprezentatnt publiczności przedemerytalnej staram się wykazać pełnię zrozumienia przefiltrowaną przez mądrość Ben Akiby: wszystko już było. Jakieś 35 lat temu zachwycałem się „bezbasowym” czadem Houd Dog Taylora i jego Houserockers. Są też w muzycznej przyrodzie cwaniaczki, które choć bez kontrabasu czy gitary basowej brzmią tak basowo, że pękają membrany największych głośników.  Jedni wykorzystują buczenie syntetyczno-elektroniczne a ci bardziej zachowawczy pomruki wielkiej trąby zwanej tubą.hazmat.jpg
       Tuba jest jednym z podstawowych filarów brzmienia zespołu Hazmat Modine (w wolnym tłumaczeniu – Wybuchowa Dmuchawa). Ta nowojorska formacja wymyka się jednoznacznym kategoryzacjom. Jej muzyka kojarzy w sobie elementy bluesa, nowoorleańskiego jazzu, manouche, country, reggae, sztuki klezmerskiej a nawet folkloru płudniowo-wschodniej Europy. Na fundamentach sekcji tuba+perkusja linię melodyczną dyktują dwie harmonijki ustne, uzupełniane gitarą, dmuchanymi blachami oraz całą masą bardzo egzotycznych instrumentów, jak chiński sheng czy rumuńskie cymbały. Jeden z harmonijkarzy – Randy Weinstein – prezentuje się też jako oryginalny wokalista. Jego chropawy baryton oscyluje pomiędzy histerycznym porykiwaniem Screamin’ Jay Hawkinsa i liryczną paranoją Toma Waitsa. W niektórych nagraniach towarzyszy tej ekipie chór mężczyzn z Tuvy (część Federacji Rosyjskiej na pograniczu Syberii i Mongolii), dysponujących niezwykłą techniką śpiewu wielogłosowego. Te cuda-niewidy Hazmat Modine uwiecznił w 14 nagraniach na płycie „Bahamut” (Barbes Records). I bardzo dobrze, że uwiecznił! Dzięki temu od paru dni mam niezwykła uciechę kołysania wśród naturalnych i ożywczych dźwięków.
Jan Chojnacki
 

BLUES CORNER 158

Pier 39 w San Francisco uważane jest za jedno z najbardziej atrakcyjnych miejsc w Stanach Zjednoczonych. W tym kompleksie handlowo-rozrywkowym jest też parę przyjemnych miejsc, gdzie można posłuchać żywej muzyki. W lutym 1997 roku  w jednym z tamtejszych barów byłem na koncercie Tommy’ego Castro. Było to parę tygodni po ukazaniu się jego pierwszego albumu „Exception To The Rule” (Blind Pig)exception-to-the-rule.jpg

 i występ ten okazał się jednym z najdłuższych recitali w jakich uczestniczyłem. O wyznaczonej godzinie Tommy pojawił się przed publicznością sam z gitarą i z rozbrajającym uśmiechem oświadczył, że perkusista w drodze z Oakland złapał gumę i właśnie czeka na pomoc drogową. Poprosił wszakże, byśmy nie zmieniali lokalu, bo on czas oczekiwania na pałkarza umili nam solowym występem. Zaintonował „Blue Suede Shoes” i poleciało. Przez ponad 90 minut śpiewał, grał i opowiadał o muzycznych fascynacjach swojego dzieciństwa i młodości, a gdy pojawił się w końcu zziajany drummer  pozwolił mu rozstawić bębny nie przerywając występu. Kiedy wszystko było gotowe Tommy poprosił o 5 minut przerwy, podczas której wytarł twarz, wypił litr Coli i przeszedł się wśród stolików serwując piątkę zebranym. Rozpoczynała się właśnie trzecia godzina naszego pobytu w klubie, gdy wreszcie perkusista nabił pierwsze takty występu The Tommy Castro Band. Lider chwycił gitarkę i przez następne dwie godziny zaprezentował zachwyconym fanom repertuar płyty i kilka standardów. Potem jeszcze parę bisów i po sześciu godzinach pozwolił nam łaskawie wrócić do żon. Zapamiętałbym ten koncert nawet bez owych nadzwyczajnych atrakcji, bo pan Castro wykonał fantastyczną sztukę. Byłem tez przekonany, że czeka go wielka przyszłość.
Minęło blisko 10 lat, dyskografia Tommy’ego wzbogaciła się o 8 albumów a artysta pozostał niestety znany tylko wiernym fanom blues-rockowych nutek. To niestety jest tym bardziej gorzkie, że tegoroczna płyta TC zatytułowana „Painkiller” (Blind Pig)painkiller.jpg wydaje mi się najlepsza w jego dorobku. Jego głos nigdy nie brzmiał lepiej, gitarka zachwyci najwybredniejszego słuchacza, skomponowane przez niego piosenki brzmią oryginalnie i świeżo. Do tego grono zacnych gości z Coco Montoyą i Davem Maxwellem na czele. Super! No tak, ale to niewątpliwie muzyka dla starszaków. Maluchy i średniaki uważają tę stylistykę za skansen. Nie będę ich przekonywał, że nie maja racji. Wolę pozostać w kręgu tzw, marginesu. Tyle, że ze świadomością, że to bardzo zacny margines.
Jan Chojnacki