Ten tydzień upływa pośród gitarowych dźwięków, które otaczają mnie na szlaku prowadzącym na wrocławski Rynek, gdzie 1 maja ustanowimy kolejny Gitarowy Rekord Świata. Przy tej okazji dokonałem dosyć szczegółowego remanentu moich gitarowych fascynacji. Cóż za przyjemna robota! Lekko licząc przez 10 dni przesłuchałem około 400 płyt i odnowiłem kontakt z kilkoma tuzinami gitarzystów. Był wśród nich także Ry Cooder, który ma nawet swoja oddzielną półeczkę. Są na niej jego solowe albumy, soundtracki i płyty przez niego produkowane.
Lista płyt firmowanych Ry Cooder kończy wydana w tym roku „My Name Is Buddy” (Nonesuch). Trochę mi wstyd, ale niewiele mogę o niej powiedzieć poza tym, że jest bardzo estetyczna w swej zewnętrzności i że muzycznie mnie znudziła. Jest to kwintesencja amerykańskiej roots music, aż bolesna w swej siermiężnej prostocie i konsekwencji. Artysta o takim statusie ma jednak prawo robić co mu się podoba a ja przecież mogę sobie posłuchać innej z jego ponad 40 płyt. Taki, na przykład, soundtrack do filmu „Crossroads” (reż. Walter Hill, Columbia Pictures/Warner Bros., 1986).
Muzyka towarzyszy tu fabularyzowanej biografii Roberta Johnsona, legendarnego bluesmana, który zaprzedał diabłu duszę. Fantastyczne skojarzenie bluesa – muzyki szatana z estetyką gospel – pieśni zbawienia. Podobny zabieg realizacyjny zastosował Cooder w swej najnowszej produkcji, albumie Mavis Staples „We’ll Never Turn Back” (Anti-).
Głos Mavis nie ma sobie równych wśród współczesnych wokalistek. W latach dziewięćdziesiątych fascynował Prince’a, teraz przyszła kolej na Coodera. Ry osadził głęboki kontralt MS w szlachetnych swoją prostotą ramach składających się z jego gitar i mandoliny, korzennej sekcji (Jim Keltner na bębnach!) i perkusyjnych przeszkadzajek synka Joachima. W podkładach wokalnych gospelowo brzmiące chórki (Ladysmith Black Mambazo). Reżyseria najwyższych lotów, wokalny teatr Mavis Staples na granicy dramatycznego absolutu!
Alem się nabuzował! Tak mam przy zjawiskach nadprzyrodzonych.
Jan Chojnacki




