Archive for Kwiecień, 2007

BLUES CORNER 163 – 24 kwietnia 2007

Ten tydzień upływa pośród gitarowych dźwięków, które otaczają mnie na szlaku prowadzącym na wrocławski Rynek, gdzie 1 maja ustanowimy kolejny Gitarowy Rekord Świata. Przy tej okazji dokonałem dosyć szczegółowego remanentu moich gitarowych fascynacji. Cóż za przyjemna robota! Lekko licząc przez 10 dni przesłuchałem około 400 płyt i odnowiłem kontakt z kilkoma tuzinami gitarzystów. Był wśród nich także Ry Cooder, który ma nawet swoja oddzielną półeczkę. Są na niej jego solowe albumy, soundtracki i płyty przez niego produkowane.

my-name-is-buddy.jpg Lista płyt firmowanych Ry Cooder kończy wydana w tym roku „My Name Is Buddy” (Nonesuch). Trochę mi wstyd, ale niewiele mogę o niej powiedzieć poza tym, że jest bardzo estetyczna w swej zewnętrzności i że muzycznie mnie znudziła. Jest to kwintesencja amerykańskiej roots music, aż bolesna w swej siermiężnej prostocie i konsekwencji. Artysta o takim statusie ma jednak prawo robić co mu się podoba a ja przecież mogę sobie posłuchać innej z jego ponad 40 płyt. Taki, na przykład, soundtrack do filmu „Crossroads” (reż. Walter Hill, Columbia Pictures/Warner Bros., 1986).

crossroads.jpg

Muzyka towarzyszy tu fabularyzowanej biografii Roberta Johnsona, legendarnego bluesmana, który zaprzedał diabłu duszę. Fantastyczne skojarzenie bluesa – muzyki szatana z estetyką gospel – pieśni zbawienia. Podobny zabieg realizacyjny zastosował Cooder w swej najnowszej produkcji, albumie Mavis Staples „We’ll Never Turn Back” (Anti-).

mavis.jpg Głos Mavis nie ma sobie równych wśród współczesnych wokalistek. W latach dziewięćdziesiątych fascynował Prince’a, teraz przyszła kolej na Coodera. Ry osadził głęboki kontralt MS w szlachetnych swoją prostotą ramach składających się z jego gitar i mandoliny, korzennej sekcji (Jim Keltner na bębnach!) i perkusyjnych przeszkadzajek synka Joachima. W podkładach wokalnych gospelowo brzmiące chórki (Ladysmith Black Mambazo). Reżyseria najwyższych lotów, wokalny teatr Mavis Staples na granicy dramatycznego absolutu!
Alem się nabuzował! Tak mam przy zjawiskach nadprzyrodzonych.
Jan Chojnacki

BLUES CORNER 162 – 17 kwietnia 2007

Jestem nowoczesnym dyskdżokejem i nieobce mi współczesne elektroniczno-klubowe produkcje. Nie oznacza to, że generalnie wzbudzają one mój zachwyt. Raczej skłaniają do lekkiej zadumy nad korelacją przemijania czasu z wrażliwością twórców i odbiorców sztuki. Najchętniej wszakże bawię się porównywaniem antycznych źródeł inspiracji remikserów z rezultatami ich dzisiejszych wyrobów. No i zdarza się tak, że owe porównania wcale nie wypadają na niekorzyść młodziaków.
W przypadku De Phazz czyli Pita Baumgartnera (ur. 1958) określenie młodziak jest zresztą nie na miejscu. Skoro jednak robi on w gatunku współczesnego elektro-popu zbliżonego do lounge, to zapewne adresuje swoje produkcje raczej do młodszych niż starszych od siebie. Najnowszy album De Phazz „Days Of Twang” (Phazzadelic) zdecydowanie mi się podoba, choć ów „twang”, który przyciągnął moją uwagę występuje tu w dawkach śladowych. de-phazz.jpg
Podstawową zaletą zbioru 16 krótkich nagrań jest ich niezwykła różnorodność rytmiczna i zmienność nastrojów. Całość zgrabnie podporządkowana naczelnej tanecznej idei. Jeżeli chcecie posłuchać, jak można ze smakiem i zachowaniem dobrych proporcji zmieszać gitarowy akord Johna Lee Hookera z funkową sekcją dętą, smoothjazzowym, leniwym kobiecym głosem i dyskotekowa pulsacją – posłuchajcie nagrania „My Society”.
Jak wcześniej zaznaczyłem gitarowego twangu w repertuarze „Days Of Twang” jest na lekarstwo. Spragnionym czystego gitarowego brzmienia polecam albumjohnny-a.jpg

Johnny’ego A „Get Inside” (Favored Nations).

To płytka sprzed trzech lat, która objawiła mi się ponownie podczas świątecznych porządków. Johnny jest sessionmanem, przez wiele lat towarzyszył w koncertach i nagraniach Peterowi Wolfowi. Gra klarownym brzmieniem z lekko jazzującą frazą. Chwilami w klimatach Milesa, trochę w stronę bluesa, a nawet może i rockabilly. Ale jest to najczystszy gitarowy twang. I jeszcze jedna zaleta tego artysty: w przeciwieństwie do wielu znakomitych gitarzystów – nie śpiewa. Z korzyścią dla siebie i słuchacza.
Jan Chojnacki

BLUES CORNER 161 – 28 MARCA 2007

Niedźwiedź wrócił z Australii w stanie nienaruszonym. Nawet jakiś taki niespecjalnie słońcem schlastany. Karnacja, powiedziałbym, żeglarska. Zazdroszczę mu nie tyle tasmańskich wiatrów czy kontaktów z dziobakami, ile możliwości buszowania po antypodzkich sklepach płytowych. Zdarzało mi się wielokrotnie ściągać stamtąd różne płytowe ciekawostki, ale kontakt przez Internet to nie to samo co gmeranie po półkach, z których dochodzi charakterystyczny klekot uderzających o siebie jewel boxów. A ten Niedźwiedź (na co wskazuje umiarkowany kontakt ze słońcem) przez parę tygodni nie wychodzi z takiego przybytku!
       Pochwalił  mi się nabytkiem z mojej działki – „Clapton Chronicles – australasian tour 2007 limited edition” (Reprise).
clapton-chronicles.jpg
Przyjąłem cios z godnością, bo ten podwójny album CD stoi już u mnie na półce od ponad miesiąca. Ale nie bardzo jest się czym chwalić, bo ta składanka nie zawiera niczego nowego. CD nr 1 to wcześniejsza wersja „kronik” z 1999 roku uzupełniona bonusem „Hard Times” (z albumu „Journeyman” 1989). A na drugiej płytce dosyć przypadkowa zbieranka studyjno-koncertowa z lat 1989-2005, wszystko wcześniej już publikowane na oficjalnych albumach EC. Więc, jeśli ktoś ma już komplet Claptona, to może sobie darować autralijski minibox. Chyba, że jest tak nieuleczalnie uzależniony, jak niżej podpisany.
Drugi cios był już trochę poniżej pasa. „Saudade” Stepehena Bishopa jest dostępny tylko w sieci Target, która z kolei nie występuje w naszej Ojczyźnie nawet w galerii Wiszące Ogrody.

sbishop.jpg

Portugalski tytuł tej płyty sugeruje jej niedostępność i wynikającą z tego frustrację. Ale Target sprzedaje też w sieci. Mój kochany Internecik!
Jan Chojnacki