Czy wyobrażacie sobie polskiego wydawcę fonograficznego, który decyduje się dziś na nagranie i wydanie płyty z nowoorleańskim jazzem? No chyba, że nie jest przy zdrowych zmysłach albo jakiś bogacz zleci mu wykonanie bardzo specjalnego „premium”. A w takiej Kanadzie, na zasadach całkowicie komercyjnych, właśnie się ukazał się album zawierający 12 starożytnych pieśni wykonanych przez głos kobiecy na tle tradycyjnej orkiestry dętej. I założę się, że sprzedadzą kilkanaście tysięcy na całym świecie.
Ryzyko niewielkie, kiedy właścicielką owego kobiecego głosu jest Maria Muldaur a towarzyszącą jej orkiestrę prowadzi James Dapogny. Album zatytułowany „Naughty, Bawdy & Blue” (Stony Plain) jest zbiorem archaicznie brzmiących bluesów wywodzących się z repertuaru pieśniarek urodzonych jeszcze w XIX stuleciu: Ma Rainey, Sippie Wallace, Bessie Smith, Ethel Waters, Alberty Hunter i Sary Martin. Brzmią one archaicznie dzięki stylowym aranżacjom Jamesa Dapogny’ego, szefa Chicago Jazz Band: pięć deciaków (w tym tuba), gitara, banjo, bas, perkusja i fortepian. Jako żywo przypominają one rejestracje orkiestr Louisa Armstronga czy Sidneya Becheta sprzed 70 lat. Natomiast pełna uroku chrypka Marii Muldaur jest już całkowicie ponadczasowa – czytelna zarówno dla amatorów smooth jazzu, jak i dla admiratorów stylistyki klubowej. Dzięki niej taki na przykład „Handy Man” spokojnie mógłby się znaleźć na playliście „najczulszych nutek”. Ale to nie w kraju, gdzie programują tylko ci przy zdrowych zmysłach.
Jan Chojnacki




