Archive for Maj, 2007

BLUES CORNER 166 – 29 maja 2007

Czy wyobrażacie sobie polskiego wydawcę fonograficznego, który decyduje się dziś na nagranie i wydanie płyty z nowoorleańskim jazzem? No chyba, że nie jest przy zdrowych zmysłach albo jakiś bogacz zleci mu wykonanie bardzo specjalnego „premium”. A w takiej Kanadzie, na zasadach całkowicie komercyjnych, właśnie się ukazał się album zawierający 12 starożytnych pieśni wykonanych przez głos kobiecy na tle tradycyjnej orkiestry dętej. I założę się, że sprzedadzą kilkanaście tysięcy na całym świecie.

muldaur1.bmp

Ryzyko niewielkie, kiedy właścicielką owego kobiecego głosu jest Maria Muldaur a towarzyszącą jej orkiestrę prowadzi James Dapogny. Album zatytułowany „Naughty, Bawdy & Blue” (Stony Plain) jest zbiorem archaicznie brzmiących bluesów wywodzących się z repertuaru pieśniarek urodzonych jeszcze w XIX stuleciu: Ma Rainey, Sippie Wallace, Bessie Smith, Ethel Waters, Alberty Hunter i Sary Martin. Brzmią one archaicznie dzięki stylowym aranżacjom Jamesa Dapogny’ego, szefa Chicago Jazz Band: pięć deciaków (w tym tuba), gitara, banjo, bas, perkusja i fortepian. Jako żywo przypominają one rejestracje orkiestr Louisa Armstronga czy Sidneya Becheta sprzed 70 lat. Natomiast pełna uroku chrypka Marii Muldaur jest już całkowicie ponadczasowa – czytelna zarówno dla amatorów smooth jazzu, jak i dla admiratorów stylistyki klubowej. Dzięki niej taki na przykład „Handy Man” spokojnie mógłby się znaleźć na playliście „najczulszych nutek”. Ale to nie w kraju, gdzie programują tylko ci przy zdrowych zmysłach.

Jan Chojnacki

BLUES CORNER 165 – 22 maja 2007

Na upały najlepszy jest cool jazz. Ale akurat takiego nie wydaje światowa fonografia w tym stuleciu. I w ogóle, jak już wyda jakiś jazz to trzeba bardzo sprawdzać co w środku, bo wydawcy nazywają teraz jazzem wszystko co choć trochę trąci improwizacją albo, nie daj Boże, jest wykonane przy użyciu trąb i innych dęciaków. Za jazzową uważana pewnie jest płyta The Juju Orchestra „Bossa Nova Is Not A Crime” (Agogo Records).

ju-ju.jpg

Jeżeli jednak traficie na ten album porzućcie jazzowe fobie. Znajdziecie tam kawałek bardzo solidnej, tradycyjnej tanecznej muzyki tyle, że zmiksowanej fachowo i z czuciem według współcześnie obowiązującej estetyki klubowej. Nie znajdziecie natomiast tytułowej bossa novy. Pełną tego świadomość mają też producenci (Oliver Belz i Sammy Kilic) prezentując w nagraniu „Kind Of Latin Rhythm” ustami Terry’ego Calliera taki oto manifest: „This is a kind of latin rhythm known as bossa nova. But it is not really a bossa nova”. I wszystko jasne. Wspomniany Terry Callier, legenda chicagowskiego soulu, osobnik dobrze po sześćdziesiątce, daje też głos w numerze „What Is Hip?”. I znów mamy do czynienia z soulem, który soulem nie jest. W przeróbce „Do It Again” (Steely Dan) orkiestranci Juju ponownie dają dowód swojej niezależności. Kończy płytę niespodzianka w postaci nowej wersji zupełnie już zapomnianego „Funky Nassau”. Ten numer zamykał wydaną 35 lat temu płytę Herbiego Manna „Push Push” (Atlantic).

herbie-mann.jpg

Album legenda, na którym jazz Manna zawarł przymierze z southern rockiem Duane’a Allmana
Poza wspomnianym „Funky Nassau” i tytułowym „Push Push” flet Herbiego i gitara Duane’a zachwycają w eterycznych instrumentalnych wersjach wielkich przebojów lat siedemdziesiatych: „What’s Going On” (Marvin Gaye), „Spirit In The Dark” (Aretha Franklin), „Never Can Say Goodbye” (Donna Summer), „What’d I Say” (Ray Charles)… Klubowe brzmienia najwyższych lotów, chociaż bez loopów, sampli i gigabajtów.
Przy tej okazji wspomnę o wydanej 3 lata temu przez Universal płycie Terry’ego Calliera „Lookin’ Out”.

terry-callier.jpg

Klimat albumu najlepiej oddaje tytuł jednej z kompozycji tego weterana soulu: „Jazz My Rhythm And Blues”. Wśród 17 nagrań świetne wykonanie „And I Love Her” z repertuaru The Beatles.
Może nie jest to cool jazz, ale z pełnym przekonaniem ogłaszam, że ta muza jest cool!
Jan Chojnacki

BLUES CORNER 164 – 8 maja 2007

Już zdjęcie na okładce sugeruje z kim mamy do czynienia: upozowany klezmer i ironizujący artysta. Maleńczuk i Waglewski – „Koledzy” (Agora). Książka i płyta. Książki jeszcze nie przeczytałem. Leży w rezerwie na najbliższy wieczór z kulturą. Płyty posłuchałem, by dla RNL radosny obowiązek recenzyjny spełnić.

mm-ww.jpgDźwięki mają pozór towarzyskiego brzdąkania przy piwku i ognisku. Ale pozór to tylko. Bowiem estetyka maleńczukowej pieśni dziadowskiej poddana została przewrotnej obróbce producenckiej Waglewskiego. WW a to gitarą zabrudzi, gdzie indziej piknie lirycznie i bluesowo, zabrzęczy akordem Coodera albo sitarem odleci z lekka w stronę osjanową. Gdzie trzeba puknie pałką w pudełko po trzewikach, osiągając efekt wiejskiego dżezu czyli perkusji. Od czasu do czasu pojawia się mała orkiestra dęta wydmuchana przez Ziuta Gralaka w przedziwną konwencję meksykańskiej bandy brzmiącej, jak bałkańska kapela. Przewija się też ulotne brzmienie harmonijki Bartka Łęczyckiego. Gitarowa wirtuozeria MM zgrabnie podporządkowuje się tej minimalistycznej koncepcji. Pastisz przemieszany z oryginałem czyli przewrotna naturalność. Efekt zaplanowany i osiągnięty.
Na tym tle równie naturalnie brzmi organicznie prosty wokal Wagla. Teksty „Piosenki męskiej z głosem ludzkim” i „Bo Bóg dokopie” melodeklamowane przez WW spełniają się idealnie w tym klimacie. Nie mogę, niestety, tego samego powiedzieć o zmiennej manierze MM: ani, kiedy udaje bluesmana, ani w songach andrusowskich, ani nawet we własnych numerach („Diabeł w wiosce”, „Kaczory”) nie jest sobą, tylko upozowanym na konkretną okoliczność popularnym Maleńczukiem. Szkoda, bo przy koledze WW była okazja sprzedać prawdę. Wygląda na to, że sesja zaczęła się od fotki na okładkę.
Jan Chojnacki