„Najbardziej zniewalająca autobiografia rockowa wszechczasów! Jak Eric Clapton zapił nasze małżeństwo na śmierć”. Taki lead pojawił się na pierwszej stronie weekendowego wydania brytyjskiego „The Mail” w połowie sierpnia tego roku. Był to jeden z elementów kampanii promocyjnej dzieła zatytułowanego „Wonderful Today: George Harrison, Eric Clapton, and Me” (Hodder Headline Review) autorstwa Pattie Boyd. Sześć tygodni później ukazała się wydana w Nowym Jorku, zapowiadana od dłuższego czasu autobiografia Claptona – „Clapton, The Autobiography” (Broadway Books). Do tego, w tak zwanym międzyczasie, Lory Del Santo udzieliła kilku skandalizujących wywiadów na temat swoich relacji z Claptonem i Harrisonem. Tym samym Sir Eric, nie do końca świadomie, poprawił znacznie finanse obu dam, bo na przykład zaliczka, jaką wydawca wypłacił Pattie wyniosła 850.000 funtów! Ja osobiście nie dałem zarobić ani jednej ani drugiej a jedynie kupiłem sobie za 20 £ wspomnienia mojego ulubionego gitarzysty.
Nie jest to z pewnością wielka literatura. Ale jednego nie mogę Claptonowi odmówić – szczerości. Ta szczerość dotyczy wszystkich trzech najważniejszych aspektów życia artysty: muzyki, kobiet i uzależnień. Taki oto przykład: podczas pracy nad albumem „461Ocean Boulevard” pęczniał z dumy nad swoja pomysłowością w składaniu piosenki „Let It Grow”. Dopiero jakiś czas potem spostrzegł, że niemal dosłownie zerżnął „Stairway To Heaven” Led Zeppelin, zespołu, którego zawsze był surowym krytykiem. A o swoich słabościach napisał tak: „Wynalazłem sposób postępowania, którym kierowałem się przez całe lata, dekady nawet. Moją specjalnością były złe wybory, a kiedy już mogło się przydarzyć coś szlachetnego i przyzwoitego, starałem się tego unikać albo uciec w drugą stronę”. Równie szczerze, bez ekshibicjonizmu, charakteryzuje swoje związki z kobietami, które zazwyczaj kończyły się tragicznie z jego winy.
Nie czuję się mocny w recenzjach książkowych. W podsumowaniu tego krótkiego wypracowania chcę jednak samodzielnie oświadczyć, że prawda wyzierająca z kart tej pozycji wydawniczej jest paralelna do, tego co zawsze przekonywało mnie w muzyce Claptona – do szczerości wypowiedzi artystycznej. „Layla”, „Wonderful Tonight”, „Tears In Heaven” to tylko najbardziej znane przykłady tej otwartości i autentyzmu. A przecież EC wymyślił i nagrał parę setek nadzwyczaj przyzwoitych numerów.
Na marginesie tych przemyśleń wypada jeszcze dodać, że wspólnym wysiłkiem Universal Music i Warner Music ukazał się dwupłytowy zbiór nagrań inkryminowanego artysty – „Complete Clapton”.
Kompletność tego wydawnictwa jest oczywiście bardzo niekompletna, ale jako upominek na nadchodzące Święta ucieszy każdą inteligentną i nie pozbawioną wrażliwości osobę.
Jan Chojnacki
