Archive for Grudzień, 2007

BLUES CORNER 180 – 11 grudnia 2007

„Robert Plant wyglądał fantastycznie! Nadal bez trudu mieści się w dżinsy rozmiar 29!” – tak dwudziestoparoletnia z wyglądu fanka podsumowała poniedziałkowy koncert Led Zeppelin w Londynie. Równolatkowie  Roberta, Johna Paula i Jimmy’ego rozpływali się w zachwytach, podkreślając, że nie zmarnowali ani pensa wydanego na bilet.  Jaka prawda przemówiła z estrady 02? Nie wiem, bo mnie tam nie było.
Na marginesie zgiełku związanego z rewitalizacją LZ zacząłem wydłubywać z pamięci a następnie z półek wczesne nagrania Page’a z pierwszej połowy lat sześćdziesiątych. Był już wówczas wziętym muzykiem sesyjnym i początkującym producentem ale nie marzył jeszcze nawet o statusie ikony rock and rolla. W wyniku tych poszukiwań powstała zabawna mała kolekcja świadcząca o niezwykle rozległych, powiedziałbym eklektycznych zainteresowaniach i możliwościach twórczych artysty. Teenage pop, rockabilly, country, proto-punk, rhythm and blues, folk – czyli potencjalny skręt kiszek albo głupawka. Szczęściem nasz renesansowy gitarzysta nie dał się zwariować. Wręcz przeciwnie. Wygląda na to, że te młodzieńcze doświadczenia wzbogaciły jego wyobraźnię muzyczną a dalszą koleją losu ubarwiły brzmienie Led Zeppelin.
Gdyby ktoś z młodszego koleżeństwa zainteresowany był owymi źródłami wszechstronności LZ to polecam dwa albumy. Dwupłytowa antologia zatytułowana „Jimmy Page – Hip Young Guitar Slinger” (Sequel)

hip-young.jpg zawiera aż 53 nagrania a wśród nich perełki ze współpracy z The Kinks, Nico, Claptonem, The Rolling Stones i Cyrilem Daviesem. Trudnodostępna płytka „No Introduction Necessary” (Thunderbolt)

no-introduction-necessary.jpg

 jest natomiast owocem współpracy Page’a z Albertem Lee i… Johnem Paulem Jonesem. Zabawnym zresztą. Przy tej okazji zapytuję, czy ktoś z Was wie co stało się z uczestniczącym w tej zabawie wokalistą o nazwisku Keith David De Groot?
Jan Chojnacki

BLUES CORNER 179 – 4 grudnia 2007

Czy Klimek Murańka będzie następcą Adama Małysza? Z całą pewnością nie będzie, jeżeli sam sobie rozpisze plan treningowy, samodzielnie nasmaruje narty i, co nie daj Boże, zwiąże się z rówieśniczką biathlonistką stosującą niedozwolone środki dopingujące. Mam wszakże nadzieję, że Klimek pod okiem rodziców uniknie powyższych błędów i w niedalekiej przyszłości przejmie Złote Skrzydła Orła z Wisły. Tym zgrabnym sportowym kalamburem mógłbym się już z Państwem pożegnać, ale mam zamiar wykonać tu jeszcze zgrabniejszą literacką paralelę i casus Klimek przenieść w sferę mojej ulubionej muzyki. 

Shannon Curfman już w szkole podstawowej nieźle wycinała na gitarze elektrycznej śpiewając przy tym bluesopodobne piosenki. W 1999 roku, kiedy miała ledwie 14 lat nagrała całkiem udany album „Loud Guitars, Big Suspicions” (Arista), który był nawet w czterdziestce heatseekers Billboardu. Upłynęło osiem lat, podczas których Shannon coś tam pogrywała kolegując się z ostro nadużywającym Kennym Waynem Shepherdem. W połowie października tego roku ukazała się jej druga płyta (po drodze była jeszcze EPka) zatytułowana „Fast Lane Addiction” (Purdy Records).

shannon-curfman.jpg

Warsztat gitarowy dojrzał niewątpliwie a wraz z nim także umiejętności wokalne. Artystka uwierzyła też w swoje umiejętności kompozytorskie i poddała je własnej obróbce producenckiej. I co? Dla mnie, niestety, kaszana. Po atrakcyjnym początku (tytułowe „Fast Lane Addiction” autorstwa byłego gitarzysty Spin Doctors Anthony’ego Krizana) i całkiem niezłym „Do Me” następuje seria 9 dosyć bezbarwnych, choć przyzwoicie wykonanych i nagranych numerów. Nie skreślam jednak całkiem pani Curfman. Niedługo zostanie mamą, odchowa dzidziusia, znajdzie zdolnego, nie nadużywającego producenta i jeszcze zadziwi nas i siebie. Przecież ma tylko 22 lata. I może jeszcze zaśpiewa i zagra na uroczystości zamknięcia kolejnych zimowych Igrzysk Olimpijskich, na których Klimek Murańka zdobędzie dla naszej Ojczyzny upragnione złoto. 

Jan Optymista Chojnacki 

BLUES CORNER 178 – 27 listopada 2007

„Sam się sobie dziwię, że znalazłem chwilę, żeby tych parę zdań napisać. Muszę już kończyć, bo na ekranie pojawił się Robert Cray, a obok niego Buddy Guy, Jimmie Vaughan i Clapton. Chyba zagrają „Sweet Home Chicago”… To był cytat z klasyki, czyli z Blues Cornera datowanego na 30 listopada 2004 r. a dotyczył zachwytu, który wzbudził we mnie Crossroads Guitar Festival wydany wówczas na DVD.
Podobne zdziwienie mam w sobie także teraz, bowiem właśnie oglądam i słucham na okrągło Crossroads Guitar Festival 2007 (Warner/Ruino/Reprise) i mlaskam z zachwytem, jak wieprz nad pełnym korytem (rym!).

crossroads-guitar-festival-2007-programme.jpgPrzypomnę, że trzeźwy od ponad 10 lat alkoholik Clapton ufundował na karaibskiej wyspie Antigua ośrodek Crossroads Centre, prowadzący wszechstronny program rehabilitacyjny dla wszelkiego typu uzależnionych. Utrzymuje ten przybytek organizując charytatywne akcje, w tym również wspomniany wyżej festiwal. Tegoroczny odbył się 28 lipca w Chicago, a udział w nim wzięli: Jeff Beck, Doyle Bramhall II, sir Eric Clapton, Robert Cray, Sheryl Crow, Vince Gill, Buddy Guy, Sonny Landreth, Albert Lee, Los Lobos, John McLaughlin, John Mayer, Willie Nelson, Robert Randolph, Robbie Robertson, Hubert Sumlin, Susan Tedeschi, Derek Trucks, Jimie Vaughan,  Johnny Winter i Steve Winwood. Mistrzem ceremonii był aktor Bill Murray, który otworzył imprezę solowym wykonaniem wokalnym „Glorii” Vana Morrisona, niemiłosiernie przy tym fałszując na stratocasterze. To jedyny dysonans (oczywiście zamierzony i bardzo zabawny). Reszta stanowi prawdziwy miód miodów dla gitarowych melomanów.  Wszystko mnie zachwyciło a w trzech momentach ogarnęło mnie dodatkowo wzruszenie. Po raz pierwszy, kiedy w 80% nieżywy już Johnny Winter wycina swoim slidem stuprocentową kurzawę dylanowego „Higway 61 Revisited”. Po raz dugi, kiedy Winwood z Claptonem cudownie ożywiają  klimat Blind Faith („Presence Of The Lord” i „Can’t Find My Way Home”). I wreszcie kiedy Clapton śpiewa i gra „Isn’t It A Pity” dedykowane George’owi Harrisonowi.
Ten materiał powinni obejrzeć też wszyscy rodzimi realizatorzy TV. Zamiast fruwających kamer, wirujących obrazów, paranoicznego migotania mamy do czynienia z precyzyjnie dobranymi kadrami, które umożliwiają fanom gitary śledzenie tego co najważniejsze: palców mistrzów na gryfie. Lecę śledzić. Keep sliding!
Jan Chojnacki