„Robert Plant wyglądał fantastycznie! Nadal bez trudu mieści się w dżinsy rozmiar 29!” – tak dwudziestoparoletnia z wyglądu fanka podsumowała poniedziałkowy koncert Led Zeppelin w Londynie. Równolatkowie Roberta, Johna Paula i Jimmy’ego rozpływali się w zachwytach, podkreślając, że nie zmarnowali ani pensa wydanego na bilet. Jaka prawda przemówiła z estrady 02? Nie wiem, bo mnie tam nie było.
Na marginesie zgiełku związanego z rewitalizacją LZ zacząłem wydłubywać z pamięci a następnie z półek wczesne nagrania Page’a z pierwszej połowy lat sześćdziesiątych. Był już wówczas wziętym muzykiem sesyjnym i początkującym producentem ale nie marzył jeszcze nawet o statusie ikony rock and rolla. W wyniku tych poszukiwań powstała zabawna mała kolekcja świadcząca o niezwykle rozległych, powiedziałbym eklektycznych zainteresowaniach i możliwościach twórczych artysty. Teenage pop, rockabilly, country, proto-punk, rhythm and blues, folk – czyli potencjalny skręt kiszek albo głupawka. Szczęściem nasz renesansowy gitarzysta nie dał się zwariować. Wręcz przeciwnie. Wygląda na to, że te młodzieńcze doświadczenia wzbogaciły jego wyobraźnię muzyczną a dalszą koleją losu ubarwiły brzmienie Led Zeppelin.
Gdyby ktoś z młodszego koleżeństwa zainteresowany był owymi źródłami wszechstronności LZ to polecam dwa albumy. Dwupłytowa antologia zatytułowana „Jimmy Page – Hip Young Guitar Slinger” (Sequel)
zawiera aż 53 nagrania a wśród nich perełki ze współpracy z The Kinks, Nico, Claptonem, The Rolling Stones i Cyrilem Daviesem. Trudnodostępna płytka „No Introduction Necessary” (Thunderbolt)
jest natomiast owocem współpracy Page’a z Albertem Lee i… Johnem Paulem Jonesem. Zabawnym zresztą. Przy tej okazji zapytuję, czy ktoś z Was wie co stało się z uczestniczącym w tej zabawie wokalistą o nazwisku Keith David De Groot?
Jan Chojnacki


