Staczam się na margines. To marne wyznanie na początek nowego roku. Ale właśnie ów początek skłania mnie do takiego określenia mojego miejsca w bieżącej rzeczywistości. Proces marginalizacji trwa już wiele lat i pogłębia się z biegiem czasu. Nie potrafię precyzyjnie podać godziny ani dnia, w którym ta ponura konstatacja zaistniała w mojej świadomości. Przypuszczać jednak należy, że wszystko zaczęło się na jednym z pierwszych kultowych festiwali muzyki młodej generacji, czyli jakieś ćwierć wieku temu. W gronie znakomitych redaktorów i animatorów bąknąłem wówczas, że większość wykonawców tej imprezy raczej nie umie grać i czysto śpiewać. Oburzenia nie było, ale zgodny znakomity chór przekazał mi jasny sygnał – nie o to chodzi. Początkowo trochę się upierałem, że to przecież festiwal muzyczny, więc może i o to też chodzi. Zrozumienia nie było. Najwyżej lekkie politowanie. Ponieważ nie chciałem przyznać, że nie oto chodzi, zacząłem się marginalizować. Potem wielokrotnie okazywało się, że płyty, które wydawały mi się wybitne sprzedawały się w nakładach zbliżonych do zera a multiplatyny otrzymywali ci, którzy wiedzieli o co chodzi. O koncertach, które wywoływały u mnie dreszcze wzruszeń mogłem przeczytać najwyżej w środowiskowych fanzinach, a najwybitniejszych twórców wszechczasów nie odnajdywałem na listach plebiscytowych.
I nadal nie odnajduję. Top wszechczasów 2007 objawił się noworocznie w dwóch odsłonach: Trójki i Złotych Przebojów. W obu przypadkach na pozycji lidera „Schody do nieba”. No niech tam: oryginalne, cudnie zaaranżowane i pięknie zagrane. Pod dwójką (cóż za zgodność!) – cudne i nudne „Brothers In Arms”. W pierwszej piątce tu i tam wagnerowskie „Another Trick In The Wall”. Dalej Deep Purple, Queen, Metallica, U2, Eagles… Czy ludzkość chce mi wmówić, że prawdziwa muzyka zaczęła się w latach siedemdziesiątych? Nie było Elvisa, Dylana, Casha, Claptona, Berry’ego nie mówiąc już o Elli Fitzgerald czy Sinatrze. Prawie niezauważalni są The Beatles i The Doors… Są za to Omega, Archive i Guns & Roses.
Nowy ten rok i z pewnością następne też spędzę więc na marginesie. Kącik staje się coraz mniejszy, ale nie narzekam. Pięknie w nim grają a i towarzystwo do słuchania mam z najwyższej półki!
Jan Chojnacki