Archive for Luty, 2008

BLUES CORNER 184 – 13 lutego 2008

Niezbadane są wyroki Akademii! Jubileuszowa gala Grammy Awards wprawiła mnie w oszołomienie. Nie tylko oprawą scenograficzną i choreograficzną (doskonały materiał poglądowy dla producentów „Tańca z gwiazdami”) ale przede wszystkim nagrodą w najważniejszej kategorii .

hancock.jpgNajlepszym albumem roku decyzją Akademii ogłoszono “River: The Joni Letters” (Verve) Herbiego Hancocka. To jakieś horrendum!  Jedna z najnudniejszych płyt ubiegłego roku! Nudna swoją hipedoskonałością i niemożliwie przekombinowana.  Akademicy dali się jednak nabrać na wielkie nazwiska: Hancock, Joni Mitchell, Tina Turner, Norah Jones, Corinne Bailey Rae nie zauważając, że w tym samym niemal czasie ukazał się świetny album samej Joni Mitchell. Ciekaw jestem jaki procent uczestników tego szacownego grona posłuchał obu tych albumów w całości? Coś mi się też wydaje, że głosowanie na Hancocka było w tym roku towarzysko obowiązujące. Ale taka jest akademicka rzeczywistość. Znamy ją i tu, lokalnie. Przekonamy się już wkrótce. Nadchodzą Fryderyki!                                               Wspomniana rzeczywistość przeniosła się także do moich dwóch bluesowych kategorii. O ile wśród albumów współczesnych „The Road To Escondido” (Reprise) Cale’a i Claptona nie budzi żadnych wątpliwości to pozycja “Last of the Great Mississippi Delta Bluesmen: Live In Dallas” (The Blue Shoe Project) Henry James Townsend, Joe Willie “Pinetop” Perkins, Robert Lockwood Jr. i David “Honeyboy” Edwards jest godnym pochwały ale niewątpliwie koniunkturalnym wyborem. delta-bluesmen.jpgTo dzieło z cyklu „ocalić od zapomnienia”, rejestracja koncertu z udziałem żywych legend amerykańskiego bluesa. Najmłodszy z tych muzyków miał w chwili nagrania 90 lat! Zachwyt, jaki wzbudza niezwykła żywotność tych ikon nie do końca pokrywa się z oceną ich współczesnych możliwości interpretacyjnych, zwłaszcza wokalnych. I znów, jak sądzę, na werdykcie Akademii zaważyła magia zjawiska pozamuzycznego. Ale właśnie pisząc te słowa doszedłem do wniosku, że może na tym polega mądrość Akademii. Niech wartościami czysto warsztatowymi i wirtuozerskimi zajmują się krytycy, a Akademia ocenia wyjątkowość samego wydawnictwa, fonogramu. Wszak to Akademia Fonograficzna. Co Państwo na to?                                                       Poloników podczas tegorocznej gali nie było. Chociaż coś udało mi się wydłubać. Otóż w kategorii Boxed or Special Limited Edition Package zwyciężyło dzieło “What It Is!:Funky Soul and Rare Grooves (1967-1977)” (Rhino). what-it-is.jpgNagrodę odebrał wprawdzie twórca projektu graficznego okładki pan Masaki Koine (Polak niekonieczny), ale wśród wykonawców tego poczwórnego CD-boxu  znaleźli się: Michał Urbaniak, Urszula Dudziak, Włodek Gulgowski i kompozytor utworu „Rien ne va plus” Bernard Kawka. Polonia rules!

Jan Chojnacki

BLUES CORNER 183 – 5 LUTEGO 2008

W związku z obowiązującymi dziś Ostatkami (5 lutego 2008) zwracam się niniejszym do Państwa z prośbą o włączenie się do akcji „Twoja niezapomniana impreza”. Składowe niezapomnianej imprezy to: miłe towarzystwo, pyszna szamka, napoje o przedłużonym działaniu i świetna muzyczka. W sprawie czterech pierwszych elementów odsyłam do popularnych poradników ilustrowanych, z „Przyjaciółką” na czele. Co do świetnej muzyczki – to już nasza domenka! Może byśmy wspólnie ułożyli sobie żelazny (ale nie metalowy!) zestaw tanecznych hitów dla małolatów i emerytów? Macie tym sposobem jedyną szansę, by odrzucić obowiązki formatowe, playlistowe czy korporacyjne i zaproponować własną dziesiątkę ulubionych numerów tanecznych. Zbierzemy je do kupy i skomponujemy niezawodny zestaw taneczny na przyszłoroczne Ostatki, które dzięki temu przejdą do historii jako „Twoja niezapomniana impreza”. Będzie to też przygrywka do Listy Albumów Wszechczasów, która już wkrótce sensacyjnie wybuchnie w RNL.         Na dobry początek mój własny zestaw żelaznych hitów dla małolatów i emerytów:       

  1. Swing The Mood – Jive Bunny and The Mastermixers
  2. Just A Gigolo/I Ain’t Got Nobody – David Lee Roth
  3. Rock Your Baby – George McCrae
  4. A Rockin’ Good Way – Shakin’ Stevens
  5. Still Got The Blues – Gary Moore
  6. Good Luck Charm – Elvis Presley
  7. Long Train Running (Remix) – The Doobie Brothers
  8. Popcorn – Hot Butter
  9. And I Love Her – The Beatles
  10. See You Later Alligator – Bill Haley & His Comets

 Jan Chojnacki

BLUES CORNER 182 – 21 stycznia 2008

       „Dobra płyta w Nowy Roczek rozproszy Ci życia mroczek”. Przysłowia są mądrością narodów! Zgodnie z tą mądrością co rok ustawiam sobie w styczniu prognozę na kolejne 11 miesięcy. Jeżeli pierwszy album datowany noworocznie, który wpadnie mi w ręce jest dobry – taki też będzie ten Nowy Rok. I analogicznie wręcz przeciwnie, jak mawiał dowódca mojej kompanii. Wychodzi na to że, rok 2008 będzie trochę dobry i trochę marny, bo niemal jednocześnie wpadły do moich odtwarzaczy dwie cedeczki: jedna dobra i jedna marna.         Może zacznę od tej marnej. Nosi ona tytuł „Liverpool 8” (EMI) i jest nieudanym wypracowaniem Ringo Starra. Piszę to z przykrością, bo jestem fanem The Beatles i zawsze lubiłem Ringo za jego poczucie humoru i dystans do samego siebie. A teraz, po przesłuchaniu jego długo wyczekiwanego albumu nie mam już go za co lubić. Nic mnie na tej płycie nie bawi, a koślawy wokal leciwego perkusisty kaleczy moje też bardzo już dojrzałe uszy. Czyżby na starość Sir Richard uwierzył, że jest utalentowanym kompozytorem i atrakcyjnym śpiewakiem? Nie wierzę. Stawiam raczej na biznesowe podejście do rzeczywistości. Jest na świecie z pewnością kilka milionów fanów Beatlesów i oni (wśród nich niżej podpisany) są gwarantami przyzwoitych raportów sprzedaży nowych produkcji każdego z Wielkiej Czwórki. Ringo ma tego pełną świadomość i w ten sposób zabezpieczył się przed nadchodzącym kryzysem ekonomicznym.

Chan Marshall jest dwa razy młodsza od RS (21 stycznia obchodzi 36 urodziny!) i pewnie dwa razy bardziej beztroska. Świadczy o tym jej całkowicie antykomercyjny stosunek do rynkowej rzeczywistości. Występuje i nagrywa pod pseudonimem Cat Power, budzącym hardcorowe czy też metalowe skojarzenia. Kupując w ciemno jej płytę, niezorientowany amator mocnych wrażeń natyka się na mglistą, delikatną i bardzo tradycyjną w formie muzyczkę. Pani Marshall uwiodła mnie już kilka lat temu cudnie wymruczaną, kołysankową wersją „Satisfaction” Jaggera i Richardsa. Jej absolutnie leniwy, leciutko schrypnięty alcik wydobył z hitu wszechczasów kwintesencję jego erotycznej uniwersalności. Każdy następny kontakt z muzyką Cat Power upewniał mnie, że mam do czynienia z artystką absolutnie oryginalną. Tak też jest z jej nowym tegorocznym albumem. Wyprodukowany w historycznym klimacie brzmienia z Muscle Shoals sączy we mnie ukochaną muzykę źródeł przyprawioną szczyptą dekadencji. To sztuka, którą radzieccy uczeni mogliby osiągnąć klonując Tony’ego Joe White’a i Nicka Cave’a w córkę Żanny Biczewskiej. Chan Marshall nie potrzebuje jednak żadnej zewnętrznej ingerencji. Jest zupełnie niepowtarzalna. Nucone przez nią kompozycje Hanka Williamsa („Ramblin’ WoMan”), Jamesa Browna („Lost Someone”) czy Boba Dylana („I Believe In You”) brzmią, jak jej własne nie tracąc nic z atrakcyjności oryginału.

cat-power-jukebox.jpgNa koniec dodam, że płyta nosi tytuł „Jukebox” (Matador, dystrybucja Sonic) i tak mi się podoba, że mam nadzieję na rozproszenie życia mroku do końca roku.

Jan Chojnacki