Archive for Czerwiec, 2008

BLUES CORNER 190 – 3 czerwca 2008

„Heaven done called another blues stringer back home” – tym wersem z pieśni Jimmiego Vaughana żegnam Bo Diddleya. W poniedziałek 2 czewrca odszedł jeden z tych Gości, którzy dali nam rock and rolla. W grudniu skończyłby 80 lat. Elvis, Carl Perkins, Jerry Lee Lewis po stronie Białasów a Chuck Berry, Little Richard i właśnie Bo Diddley po stronie Czarnych… Z tej wielkiej szóstki połowa jest już po tej stronie, gdzie liczy się tylko wieczność. W takich przypadkach z potrzeby ducha i z rzetelności antenowej wracam do rzadko odwiedzanych części archiwum. Niektórych nagrań słucham po raz pierwszy od kilkudziesięciu lat, są też takie, które nagle brzmią, jak odkrywcze premiery.

Wsunąłem na przykład w grającą szparkę trzeci w kolejności album Bo zatytułowany „Bo Diddley Rides Again” (wznowiony w 1998 roku przez BGO, a znany z analogowej wersji pod tytułem „Have Guitar, Will Travel”). Początek („Bring It To Jerome”) bardzo typowy: wielokrotnie powtarzany chorus na hipnotycznym „diddleyowym” rytmie. Ale już drugi numer („Cops and Robbers”) to najprawdziwszy rap, z zachowaniem podstawowych zasad melorecytacji i przesłania publicystycznego. A to jest 1961 rok! Zaraz potem „Mumblin’ Guitar” – czysty instrumentalny punk, z sekcją „pogo” i brudną gitarą. To też powstało 47 lat temu. Ale o ścianę rzucił mnie track nr 9 – „Call Me (Bo’s Blues)”, w którym to usłyszałem Micka Jaggera tak charakterystycznie frazującego i  przeciągającego samogłoski. Mistyfikacja? Nie, to oryginalny Bo Diddley, którego manierę wokalną bardzo udatnie skopiował wokalista The Rolling Stones kilka lat później! Zaraz po „Call Me” posłuchałem „Confessin’ The Blues” z albumu „12×5” (ABKCO). Tak jest, Mick naśladuje Bo Diddleya bez żadnych oporów. Rzeczywistość ciągle utwierdza mnie w przekonaniu, że dzieckiem bluesa jest rock and roll. Żal tylko, że rockandrollowe dzieci, coraz bardziej tracą kontakt z rodzicami.

bo-diddley-tribute.jpg

Z tak zwanych „trybjutów” polecam wydaną w 2002 roku płytkę „Hey Bo Diddley – A Tribute!” (Evidence). Mistrzowi muzyczny ukłon oddają między innymi: Taj Mahal, Walter Trout, Tommy Castro, Otis Rush i Charlie Musselwhite. Duża porcja dobrych wibracji.Jan Chojnacki

POP EURO-CORNER

Czternaście lat temu, jakoś tak w kwietniu we wtorek po południu zadzwonił do mnie śp. Janusz Kosiński. W imieniu TVP wezwał mnie do stawienia się w studiu na Woronicza w celu rzecznikowania polskiemu jury komplementarnemu (cokolwiek miałoby to znaczyć?) konkursu Eurowizji. Żądza sławy i parcie na szkło sprawiły, że zapisałem się na tę imprezę. No i sprawdziłem się! Świetnie opanowałem kwestię: „Cyprus – two points, Finland – three points…”  i moja międzynarodowa kariera telewizyjna utrzymywała się chyba z pięć lat. Kosa wygadał się kiedyś, że dyrekcja kazała mu znaleźć jelenia, który mówiłby po angielsku i wyglądał wiarygodnie („najlepiej, żeby był trochę łysy i w okularach, czyli poważny” – cyt.). Potem zmieniła się dyrekcja i kryteria, moja sława odeszła w zapomnienie,  pozostały mi tylko braki w owłosieniu i krótkowzroczność oraz przyzwyczajenie do obserwowania zmagań Europy z Europą.Wieloletnia obserwacja tego cyrku zaowocowała. Mam prostą receptę na zdobycie czołowego miejsca w konkursie. Uczestnik/piosenka musi spełniać następujące wymogi:1.                               Pochodzić z rejonu Europy mogącego liczyć na sympatię i wsparcie krajów sąsiednich lub przy braku powyższych pochodzić z rejonu Europy nawiedzonego klęskami żywiołowymi, czy ostatecznie targanego konfliktami zbrojnymi.2.                               Dysponować jednostką ryczącą cudnej urody, przy czym cudność winna oscylować w stronę Britney a nie Cichopek.3.                               Prezentować choreografię o estetyce gry komputerowej.4.                               Dodatkowo, choć niekoniecznie, mile widziane: osobowość czyli charyzma, chwytliwa melodia, proste przesłanie, profesjonalny PR.Nigdy w historii polska kandydatura (poza Edytą Górniak) nie spełniła żadnego z tych warunków. I chyba nie ma szans w przyszłości, bo choć dyrekcje w TVP się zmieniają kryterium „łysy i w okularach” pozostaje syndromem naszego zaścianka. Jan Chojnacki