„Heaven done called another blues stringer back home” – tym wersem z pieśni Jimmiego Vaughana żegnam Bo Diddleya. W poniedziałek 2 czewrca odszedł jeden z tych Gości, którzy dali nam rock and rolla. W grudniu skończyłby 80 lat.
Wsunąłem na przykład w grającą szparkę trzeci w kolejności album Bo zatytułowany „Bo Diddley Rides Again” (wznowiony w 1998 roku przez BGO, a znany z analogowej wersji pod tytułem „Have Guitar, Will Travel”). Początek („Bring It To Jerome”) bardzo typowy: wielokrotnie powtarzany chorus na hipnotycznym „diddleyowym” rytmie. Ale już drugi numer („Cops and Robbers”) to najprawdziwszy rap, z zachowaniem podstawowych zasad melorecytacji i przesłania publicystycznego. A to jest 1961 rok! Zaraz potem „Mumblin’ Guitar” – czysty instrumentalny punk, z sekcją „pogo” i brudną gitarą. To też powstało 47 lat temu. Ale o ścianę rzucił mnie track nr 9 – „Call Me (Bo’s Blues)”, w którym to usłyszałem Micka Jaggera tak charakterystycznie frazującego i przeciągającego samogłoski. Mistyfikacja? Nie, to oryginalny Bo Diddley, którego manierę wokalną bardzo udatnie skopiował wokalista The Rolling Stones kilka lat później! Zaraz po „Call Me” posłuchałem „Confessin’ The Blues” z albumu „12×5” (ABKCO). Tak jest, Mick naśladuje Bo Diddleya bez żadnych oporów. Rzeczywistość ciągle utwierdza mnie w przekonaniu, że dzieckiem bluesa jest rock and roll. Żal tylko, że rockandrollowe dzieci, coraz bardziej tracą kontakt z rodzicami.
Z tak zwanych „trybjutów” polecam wydaną w 2002 roku płytkę „Hey Bo Diddley – A Tribute!” (Evidence). Mistrzowi muzyczny ukłon oddają między innymi: Taj Mahal, Walter Trout, Tommy Castro, Otis Rush i Charlie Musselwhite. Duża porcja dobrych wibracji.