Rzucało mnie tego lata po Polsce. W dwa miesiące przejechałem prawie
Po występie Dżemu, który godnie i ku wielkiej uciesze zgromadzonych wypełnił niewdzięczną rolę support act, udałem się na kawkę do jednego z licznych barów na kółkach (był nawet bankomat na kółkach!). Czasu było niewiele, ale obliczyłem, że do wyznaczonej przez EC godziny 20.00 zdążę obrócić w tę i nazad. Guzik prawda. Eryk wywinął numer niespotykany u innych artystów – rozpoczął koncert 5 minut przed czasem! Przez głupią kawkę straciłem połowę „Tell The Truth”, którym artysta rozpoczął dwugodzinny recital. No ale począwszy od „Key To The Highway” poprzez elektryczno-akustyczny set bluesowy, wzruszającę wspomnienie George’a Harrisona („Isn’t It A Pity”) aż po hitowy finał („Wonderful Tonight”, „Layla” i „Cocaine”) kołysałem się już słodko razem z rozanielonym tłumem. Potem jeszcze na planowy bis „Crossroads”, ogólnozespołowy potrójny ukłon i dokładnie po 120 minutach na scenę weszła technika. Koniec.
EC nie pogadał uroczo z fanami, nie pogratulował publiczności, że jest najmilsza na świecie, nie pytał czy „du ju fil olrajt?”, nie zademonstrował żadnego układu choreograficznego i tylko kilka razy powiedział „dziękuję” i to po angielsku.