Rzucało mnie tego lata po Polsce. W dwa miesiące przejechałem prawie 10.000 km. Jak trzymam ręce na kierownicy to mam straszny problem z pisaniem, edytowaniem i wysyłaniem poczty. Skoro już wymyślono hands free do telefonu to dlaczego nie ma jeszcze takiego samego wynalazku do komputera i emalii? Jeśli znacie jakieś poręczne i proste w obsłudze urządzenie w tej sprawie bardzo proszę o kontakt za pośrednictwem RNL. I jeszcze jedna prośba do doświadczonej społeczności njusleterowej – może ktoś zna taką trasę Gdynia-Suwałki (ok. 300 km), którą można przejechać w czasie krótszym niż 8 godzin?

     Tą błyskotliwą introdukcją zasygnalizowałem swoją obecność w Trójmieście. Udało mi się trafić w okolice Wolnego Miasta w momencie, kiedy nie działo się nic szczególnego: zero festiwali, żadnego jarmarku, nikt nie składał wieńców, nawet u Św. Brygidy spokój. Ta sielanka sprzyjała sprawnemu wybudowaniu na Skwerze Kościuszki w Gdyni miasteczka bluesowego pod wezwaniem sir. Eryka Claptona. Miasteczko wypełniło kilkanaście tysięcy wyznawców Słynnego Gitarzysty, ludzi sympatycznych, świadomych  sensu swojej obecności. Przyjemność przebywania w tym gronie spotęgowało spostrzeżenie, że w przeciwieństwie do większości zaliczonych imprez zbiorowych nie byłem najstarszym na boisku. Ci jeszcze starsi stosowali lifting powierzchniowy prezentując się z nieletnimi narzeczonymi lub, jak kto woli, wnuczkami. ec-gdynia.JPG   Po występie Dżemu, który godnie i ku wielkiej uciesze zgromadzonych wypełnił niewdzięczną rolę support act, udałem się na kawkę do jednego z licznych barów na kółkach (był nawet bankomat na kółkach!). Czasu było niewiele, ale obliczyłem, że do wyznaczonej przez EC godziny 20.00 zdążę obrócić w tę i nazad. Guzik prawda. Eryk wywinął numer niespotykany u innych artystów – rozpoczął koncert 5 minut przed czasem! Przez głupią kawkę straciłem połowę „Tell The Truth”, którym artysta rozpoczął dwugodzinny recital.  No ale począwszy od „Key To The Highway” poprzez elektryczno-akustyczny set bluesowy, wzruszającę wspomnienie George’a Harrisona („Isn’t It A Pity”)   aż po hitowy finał („Wonderful Tonight”, „Layla” i „Cocaine”) kołysałem się już słodko razem z rozanielonym tłumem. Potem jeszcze na planowy bis „Crossroads”, ogólnozespołowy potrójny ukłon i dokładnie po 120 minutach na scenę weszła technika. Koniec.

       EC nie pogadał uroczo z fanami, nie pogratulował publiczności, że jest najmilsza na świecie, nie pytał czy „du ju fil olrajt?”, nie zademonstrował żadnego układu choreograficznego i tylko kilka razy powiedział „dziękuję” i to po angielsku. I o to chodzi, i to chodzi! Przyszliśmy na Skwer Kościuszki słuchać bardzo rzadkiego w tej dobie zjawiska: prawdziwej, żywej muzyki wykonywanej przez prawdziwego Artystę dla łaknącej tego publiczności. I ten z estrady i ci z audytorium osiągnęli swój cel. Ciekawe, kto poza nimi jeszcze to rozumie?Jan Chojnacki