Już od ponad ćwierćwiecza w każdy pierwszy weekend października podążam rączo Trasą Czynu Żołnierskiego z Warszawy do Katowic. Konkretnie do Spodka. Celem moim jest Rawa Blues, impreza reklamowana jako największy w Europie festiwal bluesowy pod dachem. I nie bez racji, choć w tym roku dach z lekka przeciekał, co nie wystraszyło czterech tysięcy fanów, kilkudziesięciu wykonawców i niżej podpisanego konferansjera.
Nie będę zachwalał tegorocznej Rawy by nie być posadzonym o nepotyzm. Ale nie mogę się powstrzymać przed podzieleniem się zachwytem nad zjawiskiem o nazwie The California Honeydrops. Ta kalifornijska formacja uraczyła publiczność ożywczą dawką niezwykłej radości grania. A uczyniła to możliwie najprostszymi środkami. Instrumentarium TCH to gitara, trąbka, prosty zestaw perkusyjny, fortepian i bass tub. Zapytacie co to takiego ten „bass tub”. Otóż jest to autentyczny blaszany kubeł z pokrywą i przymocowany do niego kij od szczotki. Czubek kija jest połączony z dnem kubła napiętym sznurkiem. Wprawne paluszki osoby obsługującej basowy kubeł szarpiąc rzeczony sznurek wydobywają z tego urządzenia dźwięki niemal identyczne do kontrabasu. Paluszki zaś należą do pani (panienki) Nansamba Ssensalo osoby wdzięcznej, uśmiechniętej i, co najistotniejsze, niezwykle muzykalnej. Wspólnie z obsługującym perkusję Benjaminem Malamentem nadają oni soulowo-bluesowym piosenkom zespołu naturalnej pulsacji, na której delikatnie posuwa fortepian pod kuratelą świetnego kalifornijskiego sessionmana Chrisa Burnsa. Na tym tle radosnym dyszkantem wyśpiewuje tradycyjne frazy lider całości – polski Kalifornijczyk Lech Wierzyński, uzupełniając swój manifest wymiennie gitarą i trąbką. Tradycja muzyki afro-amerykańskiej od Charleya Pattona poprzez Raya Charlesa aż po Taj Mahala w młodzieżowej pigułce. Do słuchania, do tańca i do refleksji nad tym, skąd przyszła do nas współczesna muzyka.