John Mayall – Ojciec Chrzestny europejskiego bluesa kończy 29 listopada 75 lat! Piękny jubileusz w pełni sił twórczych. Mam do Johna niezwykle osobisty i sentymentalny stosunek. To jego muzyka, która dotarła do mnie w drugiej połowie lat sześćdziesiątych wskazała mi właściwy kierunek poszukiwań. Od niego dowiedziałem się, że rock and roll był dzieckiem bluesa. Dzięki niemu dałem się wciągnąć w fantastyczną gitarową krainę Claptona, Greena, Taylora… To Mayall i jego The Bluesbreakers uświadomili mi współistnienie rocka, bluesa i jazzu. Z okazji swego jubileuszu John Mayall ogłosił właśnie, że po ponad 40 latach rozwiązuje Bluesbreakers. Myślicie, że myśli o emeryturze? Nic z tych rzeczy – krzepki dziadek (jeszcze w tym roku występował na scenie z obnażonym torsem) zawiadomił fanów poprzez swą stronę internetową, że nie zamierza wycofać się z bluesowej krucjaty i już wkrótce ogłosi zasady funkcjonowania nowego projektu.
Mayall to oryginał. Poznałem go osobiście w 1980 roku, kiedy to byłem promotorem jego pierwszego tournee po Polsce. Przyjemne wspomnienie i chwilami zabawna anegdota. To był czas, kiedy z zagranicą komunikowaliśmy się za pomocą zamykanych na noc na kłódkę teleksów, telefonicznej centrali obsługiwanej przez miłe przedstawicielki odpowiedniego resortu, a na wpłacenie zagranicznemu artyście honorarium w dolarach potrzebna była zgoda ministra finansów. No a do tego kończył się Gierek i rodziła Solidarność, czyli raczej Polacy co innego mieli na uwadze. A ja właśnie dorwałem się do niezwykłego kontaktu z europejskim booking agentem Mayalla i nie mogłem odpuścić takiej okazji. Ówcześni włodarze naszych dusz potrzebowali dowodu, że są otwarci na świat, więc gdy dowiedzieli się o możliwości występu w Polsce „atrakcyjnego artysty muzyki rozrywkowej” dali zielone światło. Znalazły się dolary (24.000 USD za 8 koncertów dla pięcioosobowego zespołu plus road manager), vouchery na bilety lotnicze a co najważniejsze pani z centrali międzynarodowej miała mnie łączyć z „atrakcyjnym artystą muzyki rozrywkowej” nawet w nocy. Entuzjazm mój i zaprzyjaźnionych bluesfanów był ogromny, aż do mementu, w którym agent Mayalla z ITB oświadczył, że Polska nie będzie elementem europejskiej trasy artysty. Nie poddałem się. Od zaprzyjaźnionego Angola dostałem prywatny numer telefonu faceta z Kalifornii, u którego Mayall miał być na towarzyskiej imprezie. Pani z międzynarodowej połączyła mnie z tym numerem bladym polskim świtem, kiedy zabawa w LA trwała na całego. W słuchawce słychać było gitarową muzyczkę i podniesione głosy gości, a gospodarz, któremu przedstawiłem się ryknął w stronę tego gwaru: „John! It’s Warsaw calling. This Rusian guy wants you here and now!”. Mayall był już porządnie narąbany i może dlatego perspektywa zrobienia trasy po kraju białych niedźwiedzi wydała mu się podniecającą. „Fuck ITB! Send me the air tickets!” – taka była konkluzja naszej rozmowy. Sześć tygodni potem „atrakcyjny artysta muzyki rozrywkowej” wystąpił po raz pierwszy za żelazną kurtyną. Parę zdjęć z tej eskapady do dziś wisi na stronie internetowej Mayalla.

Mógłbym jeszcze opowiedzieć, jak woziłem artystę nocą po Warszawie fiatem 126p, albo jak próbował on upchnąć dolarową wypłatę do trzewików (bezpieczeństwo przede wszystkim!) czy jak uprawiać seks w autobusie Orbisu, ale to opowiem dopiero jak zjem zupę. Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin Wujku Johnie! Jan Chojnacki
