Archive for Listopad, 2008

BLUES CORNER 197 – 29 listopada 2008

John Mayall – Ojciec Chrzestny europejskiego bluesa kończy 29 listopada 75 lat! Piękny jubileusz w pełni sił twórczych. Mam do Johna niezwykle osobisty i sentymentalny stosunek. To jego muzyka, która dotarła do mnie w drugiej połowie lat sześćdziesiątych wskazała mi właściwy kierunek poszukiwań. Od niego dowiedziałem się, że rock and roll był dzieckiem bluesa. Dzięki niemu dałem się wciągnąć w fantastyczną gitarową krainę Claptona, Greena, Taylora… To Mayall i jego The Bluesbreakers uświadomili mi współistnienie rocka, bluesa i jazzu. Z okazji swego jubileuszu John Mayall ogłosił właśnie, że po ponad 40 latach rozwiązuje Bluesbreakers. Myślicie, że myśli o emeryturze? Nic z tych rzeczy – krzepki dziadek (jeszcze w tym roku występował na scenie z obnażonym torsem) zawiadomił fanów  poprzez swą stronę internetową, że nie zamierza wycofać się z bluesowej krucjaty i już wkrótce ogłosi zasady funkcjonowania nowego projektu.

Mayall to oryginał. Poznałem go osobiście w 1980 roku, kiedy to byłem promotorem jego pierwszego tournee po Polsce. Przyjemne wspomnienie i chwilami zabawna anegdota. To był czas, kiedy z zagranicą komunikowaliśmy się za pomocą zamykanych na noc na kłódkę teleksów, telefonicznej centrali obsługiwanej przez miłe przedstawicielki odpowiedniego resortu, a na wpłacenie zagranicznemu artyście honorarium w dolarach potrzebna była zgoda ministra finansów. No a do tego kończył się Gierek i rodziła Solidarność, czyli raczej Polacy co innego mieli na uwadze. A ja właśnie dorwałem się do niezwykłego kontaktu z europejskim booking agentem Mayalla i nie mogłem odpuścić takiej okazji. Ówcześni włodarze naszych dusz potrzebowali dowodu, że są otwarci na świat, więc gdy dowiedzieli się o możliwości występu w Polsce „atrakcyjnego artysty muzyki rozrywkowej” dali zielone światło. Znalazły się dolary (24.000 USD za 8 koncertów dla pięcioosobowego zespołu plus road manager), vouchery na bilety lotnicze a co najważniejsze pani z centrali międzynarodowej miała mnie łączyć z „atrakcyjnym artystą muzyki rozrywkowej” nawet w nocy. Entuzjazm mój i zaprzyjaźnionych bluesfanów był ogromny, aż do mementu, w którym agent Mayalla z ITB oświadczył, że Polska nie będzie elementem europejskiej trasy artysty. Nie poddałem się. Od zaprzyjaźnionego Angola dostałem prywatny numer telefonu faceta z Kalifornii, u którego Mayall miał być na towarzyskiej imprezie. Pani z międzynarodowej połączyła mnie z tym numerem bladym polskim świtem, kiedy zabawa w LA trwała na całego. W słuchawce słychać było gitarową muzyczkę i podniesione głosy gości, a gospodarz, któremu przedstawiłem się ryknął w stronę tego gwaru: „John! It’s Warsaw calling. This Rusian guy wants you here and now!”. Mayall był już porządnie narąbany i może dlatego perspektywa zrobienia trasy po kraju białych niedźwiedzi wydała mu się podniecającą. „Fuck ITB! Send me the air tickets!” – taka była konkluzja naszej rozmowy. Sześć tygodni potem „atrakcyjny artysta muzyki rozrywkowej” wystąpił po raz pierwszy za żelazną kurtyną. Parę zdjęć z tej eskapady do dziś wisi na stronie internetowej Mayalla.

mayall-poprawia-chojnackiemu-marynare-1

Mógłbym jeszcze opowiedzieć, jak woziłem artystę nocą po Warszawie fiatem 126p, albo jak próbował on upchnąć dolarową wypłatę do trzewików (bezpieczeństwo przede wszystkim!) czy jak uprawiać seks w autobusie Orbisu, ale to opowiem dopiero jak zjem zupę. Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin Wujku Johnie! Jan Chojnacki

BLUES CORNER 196 – 17 listopada 2008

             Czy wiesz kto jest największym wokalistą wszechczasów? Masz swoją w tej sprawie opinię? Nie szkodzi. Przeczytaj kilka poniższych zdań.

             Będąc niemłodym absolwentem Szkoły Głównej Planowania i Statystyki wpadł mi w ręce najnowszy numer The Rolling Stone. Pismo to szanuję, bo trzyma linię, nie mizdrzy się do powierzchownej teraźniejszości i nadal wie, co to swing. No a poza tym co pewien czas publikuje poparte właściwym doborem glosujących i powagą statystyczną Ernst&Young rankingi. Oto ten najnowszy:            The Rolling Stone – The 100 Greatest Singers of All Time

                1 | Aretha Franklin              2 | Ray Charles              3 | Elvis Presley              4 | Sam Cooke              5 | John Lennon              6 | Marvin Gaye              7 | Bob Dylan              8 | Otis Redding              9 | Stevie Wonder             10 | James Brown                      11 | Paul McCartney

            12 | Little Richard            13 | Roy Orbison            14 | Al Green

            15 | Robert Plant            16 | Mick Jagger             17 | Tina Turner            18 | Freddie Mercury            19 | Bob Marley            20 | Smokey Robinson….                          Chętnych do zapoznania się z całą setką odsyłam do www.rollingstone.com. Z pikantnych szczegółów mogę zdradzić, że Bono jest na 32, Christina Aguilera na 58, Björk na 60 a Mary J. Blige na 100 miejscu i ten zestaw wyczerpuje listę artystów urodzonych po roku 1960. Tak słyszy amerykańska branża. I ja wam powiem, że dobrze słyszy. To wyjątkowo trafny zestaw (no może minus za brak Elli Fitzgerald i Franka Sinatry) ale też niewątpliwe skłaniający do refleksji. Bo tak na przykład, czy ktoś z pierwszej czwórki wystąpił w minionym miesiącu na antenie jakiejś polskiej radiostacji?  

                 A zresztą, do wora z refleksjami. Zaraz posłucham sobie w całości „Lady Soul” Arety Franklin (Atlantic, 1968). Kto mi zabroni?

            Jan Chojnacki

BLUES CORNER 195 – 18 października 2008

        Jako nestor polskich claptonologów ogłaszam niniejszym zakończenie roku claptonowskiego w Polsce. Elementem podsumowującym ten bogaty w wydarzenia okres jest ukazanie się na rodzimym rynku wydawniczym pozycji autorstwa E. Claptona zatytułowanej „Clapton – Autobiografia” (Wydawnictwo Dolnośląskie, przekład – Jarosław Rybski, twarda oprawa, 280 stron). Tytuł nestora polskich claptonologów upoważnia mnie do wyrażenia własnej opinii na temat wzmiankowanego dzieła, choć w dziedzinie recenzji twórczości literackiej jestem amatorem zupełnym.

 eric-calpton-autobiografia-okladka1

Nie jest to wielka literatura. Ale też chyba nie w tym rzecz. Największym atutem tej opowieści jest jej prawdziwość, tak jak  prawdziwym artystą jest jej autor. O prawdziwości swojego manifestu artystycznego przekonał ludzkość Clapton wyrażając swój stan świadomości tak istotnymi dla współczesnej muzyki utworami jak: „Layla”, „Wonderful Tonight” czy „Tears In Heaven”. Fan znający w szczegółach  twórcze dokonania EC wie więcej: nie tylko te hity, ale znakomita większość nagrań artysty była rezultatem sytuacji związanych z jego stanem emocjonalnym. Tę prawdę o sobie potrafił Clapton przekazać też pisząc autobiografię z pozycji człowieka bardzo dojrzałego, doświadczonego przez niesłychane turbulencje życia i wreszcie, z siódmym krzyżykiem na plecach, umiejącego trzeźwo i krytycznie spojrzeć na minione dziesięciolecia.  Dzieciństwo z kompleksem bękarta, młodość wzorcowa dla recepty „sex, drugs and r’n’r”, wiek dojrzały całkowicie wypaczony przez alkoholizm i w końcu jesień życia w wyidealizowanym kręgu rodziny. Tylko człowiek uzależniony, który osiągnął dno a następnie podniósł się w rezultacie terapii samoanalizy  może pozwolić sobie na obiektywne sprawozdanie z apokaliptycznej wędrówki przez czas z rajskim finałem. Clapton ma świadomość swojego statusu supergwiazdy światowego showbusinessu a jednocześnie potrafi zachować do tego pozbawiony fałszywej skromności dystans. Ja mu wierzę, tak jak uwierzyłem w zranione serce po wysłuchaniu „Layli” czy w szczery apel do Wszechmocnego, by dał siłę wytrwania z „Give Me Strenght”.

          Zostawmy psychologię. „Autobiografia” to też prawdziwy, źródłowy zapis kształtowania się pop kultury drugiej połowy XX w. Clapton uczestniczył w najważniejszych etapach tego procesu na równi z The Beatles, The Rolling Stones, z Jimim Hendrixsem czy Bobem Dylanem. To także z dzisiejszej perspektywy czasami nawet skandalizujące wynurzenia związane z wielkimi tego świata. Tak na przykład, dzisiejsza żona prezydenta Francji nauczyła sir Erica jaka jest różnica między pożądaniem a miłością, przyjemnością a szczęściem. Ale nade wszystko Autobiografia to opowieść, której towarzyszy gitara i tworzona przez nią muzyka. To prawdziwy skarb fana, nawet takiego, który do Claptona ma obojętny stosunek.        Jan Chojnacki