Miła mi osoba, którą dla niepoznaki, w dalszej części tego tekstu będę nazywać AD, obdarzyła mnie pewnym bardzo osobistym świątecznym podarkiem, do tego stopnia zindywidualizowanym, że nie mogę o nim opowiedzieć. Dorzuciła do tego bardzo atrakcyjny bonus. I o nim będzie ta historia.AD, będąc jednostką bardzo mocno osadzoną w realiach XXI stulecia, ma w sobie jednak pewną atawistyczną cechę. W największym skrócie, sprowadza się ona do sprawowania cudownej mocy nad runem leśnym. Tam, gdzie stąpnie – wyrasta podgrzybek. Gdzie indziej rzuci okiem – pyszni się borowik. Paranormalność tej cechy potęguje fakt, że owe grzyby występują od razu w formie doskonale przesuszonej i nadającej się do natychmiastowego wykorzystania w staropolskiej kuchni. Lekkość w pozyskiwaniu tego cennego surowca smakoszy idzie u AD w parze z wrodzoną potrzebą dzielenia się swoim dobrem z bliźnimi. Ci z kolei, obdarzani hojnymi zasobami grzybowego suszu, niespodziewanie dla siebie, zyskują nagle dar przyrządzania bosko smakujących potraw. Doświadczyłem tego na sobie, bowiem wspomniany wyżej bonus świąteczny sprawił, iż stałem się ekspertem w dziedzinie bigosowania.A oto, jak to wszystko przekłada się na zasadę postępowania, która w rezultacie doprowadzi do wytworzenia najwspanialszego blues bigosu na świecie. Już na siedem dni przed Wigilią nabywam 5 kilogramów kiszonej kapusty (koniecznie w sklepie warzywnym u Marylki). Wrzucam ją do wielkiego stalowego gara, kroję starannie, by długość włókien nie przekraczała 3 cm i stawiam na najmniejszym dostępnym palniku. Mieszając od czasu do czasu drewnianą kopyścią doprowadzam kapuchę do smrodliwego pyrkotania, poczym zdejmuję z ognia i wystawiam na działanie niskiej zewnętrznej temperatury. Czynności te powtarzam przez trzy dni. Trzeciego dnia z rana zalewam delikatnie borowikowy dar AD lekko ciepłą przegotowaną wodą i odstawiam na parę godzin, by kapeluchy godnie nasiąkły i się wzdęły. Odcedzam napuczone grzyby, wylewając wodę, do której oddały część swojego aromatu do pyrczącej kapusty. Mokre grzyby kroję na paseczki o szerokości 4 mm i wrzucam do woniejącego gara starannie mieszając. Odstawiam na noc na taras. Czwartego dnia kroję w dwumilimetrowe krążki cztery dorodne cebule, doprowadzam do ich zeszklenia na patelni z udziałem pól kostki masła (80% tłuszczu) i dodaję mieszając 4 kopiate łyżki mąki pszennej. Uzyskuję w ten sposób słynną zasmażkę. Wpierniczam ją do kapuchy, co zmusza już do częstego jej mieszania, bo mąka się przypala. Przez następne trzy dni daję odpocząć aparatom powinienia domowników i wszystkich parafian z sąsiedztwa. Ponownie uruchamiam palnik po garem w wigilijny wieczór, wydaję niewielką część wrzącej kapusty na stół kolacyjny a resztę, tuż przed Pasterką, wystawiam ponownie na taras. Pierwszego i drugiego dnia Świąt daję kapuście odpocząć. Ale już z rana dnia trzeciego lecę do Marylki po dwukilową głowę słodkiej kapusty, którą precyzyjnie szatkuję  na paseczki o wymiarach 50 na 4 milimetry. Łączę porżniętą słodką z wrzącą kiszoną z grzybami. A następnie (i to jest ta niespodzianka, o której jeszcze nie mówiliśmy) wyjmuję z chłodnej spiżarni: 75 dkg pieczeni wołowej, 75 dkg gotowanej świńskiej szynki, 75 dkg kiełbasy swojskiej i 75 dkg wyluzowanego mięska indyczego. Kroję to precyzyjnie, jak zawsze, w kosteczkę o boku 15 mm i wpierniczam do zgodnie połączonych kapustek. Z kopca wyciągam trzy świetnie zachowane papierówki, wykrawam ogryzki i nie pozbawiając ich skórki tnę na kostkę (oczywiście bok 15 mm). Na deseczce obok kroję w paseczki czteromilimetrowe 20 dkg suszonych śliwek. Pokrojone jabłuszka i śliwki wrzucam do kapusty z grzybami i mięsem. Mieszam i niech się pyrczy. Wtedy właśnie otwieram butelkę (0,75 l) czerwonego wytrawnego wina (najlepiej chilijskie carmenere, bo daje wyniki niezależnie od rocznika) i wlewam do wrzącego bigosu in spe. Jak się zagotuje – odstawiam na taras. Ponownie doprowadzam do wrzenia i wystawiam na taras codziennie aż do Sylwestra. W wieczór sylwestrowy, czyli dokładnie w dwa tygodnie po pierwszej wizycie w sklepie Marylki, ambrozja zawierająca bonus AD ma swoją premierę: paruje wonnie na stole a ja zapuszczam „Need Your Love So Bad” Fleetwood Mac i zasiadam by rozkoszować się blues bigosem, przegryzając czarnym razowcem i popijając porterem. Wonnych Świąt i Pysznego Nowego Roku!Jan Chojnacki