Archive for Luty, 2009

BLUES CORNER 202 – 17 lutego 2009

„Uprawiana przeze mnie podkasana muzyka niepoważna, jak nazwał ją Roman Waschko, zaczęła poważnieć w takim tempie, że w połowie wspomnianej dekady (chodzi o lata siedemdziesiąte – przyp. JCH) wyrżnęła czołowo w ścianę niezrozumienia ze strony wielu dotychczasowych zwolenników mojego papugowania” („Niemen od początku”, Polskie Radio 2003).

Czesław Niemen był nie tylko mistrzem skomplikowanego ornamentu wokalnego, ale także stosował go w swoim piśmiennictwie. W przywołanym wyżej cytacie chodzi o to, że na pewnym etapie rozwoju jego muzyka przestała być odbierana przez przeciętnego słuchacza. Ten stan rzeczy frustrował Czesława, jak każdego chyba twórcę, którego odbiorca nie rozumie. No właśnie: czy to świat nie rozumie artysty, czy artysta nie rozumie świata?

Ani jedno, ani drugie. Tę mądrość ugruntowałem w sobie wczoraj, w siedemdziesiątą rocznicę urodzin Niemena. Postanowiłem w moim internetowym radyjku (www.radiobaobab.pl) przedstawić cięgiem całą dyskografię Artysty, czyli dwadzieścia parę płyt, czyli ponad 16 godzin muzyki bez przerwy. Mogę sobie pozwolić na takie szaleństwo, bo słupki mam gdzieś a misję bardzo osobistą. Ponieważ jestem poważnym redaktorem przesłuchałem te pigułę w samotności i dopiero, kiedy upewniłem się, że to ma sens nacisnąłem klawiszek odkodowujący stream. Ten maraton z muzyką Czesława uprzytomnił mi raz jeszcze, jak niezmiernie bogatą wyobraźnię muzyczną miał ten człowiek. Ale zrozumiałem też coś więcej: skupienie i intymny kontakt z taką sztuką pozwala na jej pełne zrozumienie. A zrozumieć to polubić, a może nawet pokochać.

I wracam do mojego naiwnego pytania z poprzedniego akapitu: czy świat nie rozumie artysty, czy artysta nie rozumie świata? Rzecz nie w zrozumieniu a w poświęceniu się  świadomemu odbiorowi. No ale gdzie na to czas między praniem kolorów, kolejką na poczcie, przeglądaniem raportów giełdowych, wieczorną grą miłosną…? Na tak postawione pytanie to dopiero nie ma dobrej odpowiedzi.

Jan Chojnacki

CIEKAWOSTKA – ŻYCIE TOWARZYSKIE

http://www.delta.art.pl/www/blues_top_2008/main_2008.html

BLUES CORNER 200 – 3 lutego 2009

Kiedy otworzycie skrzyneczkę z tym wydaniem RNL minie właśnie z tolerancją ok. 10 godzin dokładnie 50 lat od momentu, w którym czternastoletniego wówczas Dona McLeana poraziły czołówki porannych amerykańskich gazet. Donosiły one o katastrofie czteroosobowej awionetki, która rozbiła się poprzedniego dnia w stanie Iowa. Na pokładzie byli: Buddy Holly, Richie Valens, Big Bopper i pilot. Wszyscy zginęli. Po 12 latach McLean nagrał swój muzyczno-poetycki komentarz do tego wydarzenia uwieczniając je słynnym wersem – „The day the music died”. Piosenka „American Pie” stała się jego jedynym wielkim przebojem, a już w XXI wieku została ona zaliczona przez RIAA do pięciu najważniejszych utworów ubiegłego stulecia w Ameryce.

Czy szok jaki przeżył świat 3 lutego 1959 roku jest zrozumiały dla współczesnego odbiorcy pop kultury? Może późniejsze nagłe i tragiczne w swej naturze odejścia Jimiego, Janis, Jima, Elvisa, Steviego Raya uodporniły ludzkość i teraz z perspektywy lat manifest ”American Pie” uchodzi tylko za egzaltowany krzyk poety. Przez wiele lat miałem z tym kłopot. Rozumiałem tragizm sytuacji ale kaliber tragedii wydawał mi się niewspółmierny z utratą przez muzykę gitarowego huraganu Hendrixa czy odlotu Lennona. Owszem, z przyjemnością słuchałem „Peggy Sue”, „That’ll Be The Day”, „Oh, Boy” czy „Reminiscing” ale Buddy Holly wydawał mi się tylko echem Elvisa, Orbisona czy Casha. Nie byłem w tych wątpliwościach odosobniony. W zasadzie nie spotkałem rodaka rówieśnika, który doceniłby wkład Buddy’ego w cud rock and rolla. I tak przez lata pozostawałem w przekonaniu, ze to jakaś czysto amerykańska sprawa. Podobnie jak na przykład Grateful Dead czy Jim Croce. I pewnie pozostałbym w tym stanie do dziś, gdyby nie taki oto passus z „Autobiografii” Erica Claptona”

„Niektórzy ludzie dokładnie pamiętają , co robili w chwili, kiedy dowiedzieli się o śmierci prezydenta Kennedy’ego. Ja tego nie pamiętam, natomiast głęboko w pamięć zapadł mi poranek, kiedy wychodziłem na szkolne boisko po śmierci Buddy’ego Holly’ego, i uczucie, jakie temu towarzyszyło. Cała szkoła przypominała wielki cmentarz. Wszyscy byli w tak głębokim szoku, że nikt nie potrafił wydusić ani słowa. Ze wszystkich bohaterów sceny muzycznej tamtych czasów on właśnie wydawał się najbardziej przystępny i realny. Nie był gwiazdą na piedestale ani się tak nie zachowywał – on po prostu grał na gitarze i na dokładkę nosił okulary. Był jednym z nas. Jego śmierć wywarła na nas wielki wpływ, niektórzy mówili nawet, że wraz z nim umarła cała muzyka”. (Eric Clapton, „Autobiografia”, przekład Jarosław Rybski, Wydawnictwo Dolnośląskie 2008).

No tak. Dla Claptona był Buddy „jednym z nas”. Ale EC żył wtedy w wolnym świecie i choć nie było jeszcze MTV i internetu amerykański muzyk wydawał mu się bliski, jak koleżka z podwórka. Dla przeciętnego nastolatka żyjącego po słusznej stronie Żelaznej Kurtyny w ogóle nie było tego problemu. Czerwony popsuł nam nie tylko jakość życia, ale także zawęził wyobraźnię. Zresztą, niech będzie, że mówię wyłącznie za siebie. Jako produkt Układu Warszawskiego potrzebowałem pół wieku, żeby zrozumieć dlaczego 3 lutego 1959 roku umarła muzyka.

Jan Chojnacki

BLUES CORNER 199 – 20 stycznia 2009

Huey Piano Smith napisał kiedyś zabawną i taneczną piosenkę “Rockin’ Pneumonia and The Boogie Woogie Flu”. Nawet kiedyś dosyć ją lubiłem. Rzeczywistość ostatnich tygodni pozwoliła mi, niestety, poznać prawdziwą naturę „flu” i mówię Wam – straszna franca! Pies trącał gorączkę i kaszel. Mnie się rzuciło na centralny ośrodek mózgowy i przez czas jakiś funkcjonowałem, jak zwiędłe warzywo.  Ani pisać, ani czytać, nawet telewizji nie było mocy oglądać, absolutny glut. Jedyny ratunek to radyjko, które cichutko sączyło resztkę kontaktu ze światem. Przynajmniej na to liczyłem. I się przeliczyłem. To moje radyjko, ten mój najlepszy przyjaciel wsączył we mnie coś, co w zasadzie zniechęca mnie już na dobre do kontaktu ze światem zdrowych. Otóż radyjko zakomunikowało mi, że na szczycie Listy Przebojów Trójki znalazł się utwór zespołu The Killers zatytułowany „Human”. Zakomunikowało i zaraz potem zagrało. I to był cios – ta radiostacja, ta lista i takie badziewie!? Skrzyżowanie Modern Talking z Papa Dancem, najprymitywniejszy beat wszechczasów. O co chodzi? Dlaczego? Czy może rzeczywiście już pora umierać!?

Jan Chojnacki