To był bardzo dobry luty! Nie mam środków na funduszach, nie zaciągnąłem kredytu we frankach szwajcarskich, giełda mi wisi, nie grozi mi zbiorowe zwolnienie, z grypy wyszedłem bez powikłań, udało mi się nie zgubić rękawiczek i po raz pierwszy w życiu podciągnąłem się na drążku z pełnego zwisu do brody nachwytem! Pełni szczęścia dopełniły dwie cudne płytki, które przyszły na świat właśnie w lutym. One to nasączyły mnie tym, co powinno wypełniać ducha i ciało dojrzałego mężczyzny – swingiem!
Jak mawia uczony w teorii i praktyce muzycznej Wiesio Pieregorólka: swing jest wtedy, gdy perkusja przyspiesza a bas zwalnia (albo na odwrót, już nie pamiętam). Jako amator całkowicie podzielam tę definicję uzupełniając ją na indywidualne potrzeby takim oto spostrzeżeniem: swing jest też wtedy, gdy muzyczka sprawia, że organizm mi się gibie, pysk się uśmiecha a oko jaśnieje. Tej muzyczki słucham z profesjonalnego przyzwyczajenia nadal sporo, ale w ostatnich dekadach bardzo rzadko wywoływała ona u mnie przywołane powyżej zjawiska emocjonalno-fizjologiczne. Aż tu nagle, teraz w lutym, na przestrzeni trzech tygodni – dwa świetne CD swingulasy!
Jeżeli w ogóle ktoś czyta moje wypracowania i oczekuje teraz, że na podstawie dokonanej przeze mnie dogłębnej analizy zawartości tych płyt zrozumie na czym polega tajemnica swingu, to niestety się myli, a ja go za to bardzo przepraszam. To sprawa zbyt osobista. Jedyną metodą by sprawdzić, czy swing działa jest poddanie mu się bez uprzedzeń. Jeżeli dźwięki ukołyszą i dodadzą animuszu – swing jest.
Najlepiej sprawdzić to na przykładzie moich lutowych faworytów:

Willie Nelson & Asleep At The Wheel „Willie and The Wheel” (Bismeaux Records)
oraz

J.J. Cale “Roll On” (Rounder)
Jan Chojnacki