Archive for Czerwiec, 2009

Blues Corner 206 – 24 czerwca 2009

bielszy-odcien-bluesa2

Ciekawe jaki procent odbiorców tego tekstu ma wspomnienia sprzed 37 lat. Ja mam i to zupełnie dorosłe a na dodatek przyjemne. Mniej w tym czasie w 1975 roku na antenie Trójki (wówczas Program III PR) ruszył cykl pod tytułem „Bielszy odcień bluesa”.

Pewnie by nie ruszył, gdyby nie Wojtek Mann. On już wtedy był radiową figurą i dał się namówić mnie, medialnemu dyletantowi, na wspólną przygodę. Wojtek miał doświadczenie, poważanie i osobowość, ja miałem pomysł na tytuł i trochę płyt. Do dziś nie wiem, dlaczego ówczesna Dyrekcja łyknęła ten pomysł, bo przecież dzięki niezapomnianej pani Marii Jurkowskiej blues był już na Myśliwieckiej dobrze osadzony. Widać pani Maria nie miała nic przeciwko przyjaznej konkurencji, a dla kierownictwa gwarantem jakości produktu był red. Mann. Przez czas jakiś głos dawał wyłącznie Wojtek, bo ja nie miałem „karty mikrofonowej”. Odczytywał tekst napisany na maszynie, który przed nagraniem musiał uzyskać parafkę kierownika redakcji i błogosławieństwo cenzury. Oczywiście wszystko szło z puszki. Odcinki miały początkowo 20 minut, potem pół godziny, aż wreszcie rozbuchały się do 40 minut. Dorwałem się do mikrofonu po jakichś czterech latach, kiedy Wojtek wyjechał w daleką zagraniczną podróż, a potem już występowaliśmy na zmianę. Pierwsze większe przedsięwzięcie o charakterze „live” miało miejsce w październiku 1980 roku. Udało mi się wówczas ściągnąć po raz pierwszy do Polski Johna Mayalla. Dzięki sprawności naszej realizatorki Barbary Głuszczak i uprzejmości pań z centrali międzymiastowej (sprawdźcie w sieci co to znaczy) przeprowadziliśmy z nim godzinny wywiad telefoniczny przetykany muzyką – my w Warszawie, on w Poznaniu. Technika, proszę Państwa!

 

Od połowy lat osiemdziesiątych ciągnąłem już ten bluesowy wózek samodzielnie, aż do lata 2005 roku. Zostałem wówczas razem z bielszym odcieniem wysłany w przestrzeń bezeterową. No i teraz, kiedy wróciło Nowe Trójkowe, bielszy odcień odradza się jako ten Feniks z popiołu. Donoszę o tym z radością i zapraszam już od 2 lipca w każdy czwartek od 22.05 do północy wszystkich, którzy lubią się słodko kołysać w rytm bluesa.

Jan Chojnacki

Blues Corner 205 – 15 maja 2009

Redakcja „Blues Cornera” w pełnym składzie i kondycji przyłącza się niniejszym do radosnego chóru gratulujących Naszemu Kuźniarowi.  RNL-u podpora zdobyła Wiktora! Mówi o tym cała medialna Polska. I słusznie, bo ma w sobie pozytywną parę ten nasz Jarosław. Tak trzymać!

Przy tej okazji chciałbym wszakże wynieść na Draganowe Forum informację o jeszcze jednym sukcesie człowieka związanego z tymże forum i radiem w ogólności.  Dzieło Antoniego Krupy „Miasto błękitnych nut… czyli historia krakowskiego jazzu i nie tylko…” , uhonorowana została w maju 2009 Nagrodą Krakowska Książka Miesiąca! Brawo! Antoni od ponad trzydziestu lat związany jest z Radiem Kraków i wypuszcza stamtąd do ludu Galicji pozytywne, żywe dźwięki. Ale przecież nie tylko do didżejstwa ogranicza się jego renesansowa niemal działalność: gra na gitarze, banjo, harmonijce ustnej (grywał m. in. z Jazz Band Ball Orchestra i grupą Wiem Marka Grechuty), komponuje, pisze teksty, organizuje koncerty i publikuje. Mam przy tym wrażenie, że robi to z przyjemnością. Wszystkie te zabiegi łączy z niezwykłą skrupulatnością kronikarską. Ta zaś przekształciła się właśnie we wspomniane wyżej dzieło. Bardzo starannie i estetycznie wydany opasły tom trafił dziś na moje cienkie biureczko. Nie mogę się od tego oderwać. Kraków zawsze mnie, warszawskiego prostaczka, pociągał swoją odmiennością. A tu mam bardzo rzetelne i jednocześnie sentymentalne sprawozdanie z ostatniego półwiecza od współuczestnika podwawelskiej sceny muzycznej: Komeda, Ostaszewski, Seifert, Muniak, Laboratorium, Śmietan, Jazz-Klub Helikon, Jazz Juniors…. Do tego dobra setka fotografii, rysunków i grafik. Miodzik!

Panie Antoni gratuluję i dziękuję!

Jan Chojnacki

Blues Corner 204 – 17 marca 2009

Bob Dylan mnie fascynuje, zadziwia i niepokoi. Fascynuje klimatem i oryginalnością, zadziwia bogactwem talentu i niepokoi źródłami jego fascynacji. Krótko zajmę się tymi niepokojami.

W swoich Kronikach Dylan podkreśla wielokrotnie, że jest pieśniarzem ludowym (folk singer), co oznacza również, że repertuar swój opiera w znacznej części na ludowych/tradycyjnych pieśniach amerykańskich. W 1961 roku nagrał własną wersję „The House Of The Rusing Sun” i podpisał się jako autor. Już wówczas niektórzy współcześni mieli mu to za złe (np. Dave Van Ronk, od którego Dylan nauczył się tej piosenki), bo przecież 25 lat wcześniej Alan Lomax zarejestrował ten utwór w wykonaniu Georgii Turner. Kilka lat po Dylanie powstała najsłynniejsza wersja Domu wschodzącego słońca. Jej twórcami byli The Animals. Nalepka na czarnym singielku (Columbia) informowała, że jest to pieśń tradycyjna, którą zaaranżował Alan Price. Prawo autorskie nie było wówczas dziedziną popularną w naszej części Europy, więc sytuacja budziła jedynie moją niepewność: kto ma rację Dylan czy Animalsi. Miałem zresztą ważniejsze problemy na głowie (np. czy rzucili piwko do barku MDM) i przestałem zawracać sobie tym głowę.

Problem powrócił po 40 latach, kiedy słuchając w zachwyceniu „Modern Times” (Columbia) ze znanym już historycznie niepokojem stwierdziłem, że autorstwo „Rollin’ And Tumblin’” i „Someday Baby” Bob znów przypisał sobie. Znam kilka tuzinów wersji „Rollin’ And Tumblin’”. Najcześciej wydawcy podpisują pod tym Morganfielda (Muddy Waters), Newberna (Hambone Willie Newbern)  albo dla spokoju piszą „Trad.” Z kolei kazde dziecko wie, że „Someday Baby” wymyślił Sleepy John Estes. A Dylan twierdzi, że to jego! Dlaczego?

Dziś (31 marca 2009) jest do legalnego ściągnięcia ze strony Dylana jedno nagranie z zapowiadanej płyty „Together Through Life”.  Bardzo fajny, klimatyczny, kołyszący numer zatytułowany „Beyond Here Lies Nothing” skomponowany przez Boba Dylana. Tyle tylko, że znam tę pieśń od kilkudziesięciu lat, a po raz pierwszy nagrał ją w 1958 roku dla wytwórni Cobra Otis Rush pod tytułem „All Your Love (I Miss Loving)” i podpisał swoim imieniem i nazwiskiem. Elegancko postąpił John Mayall, który zamieszczając swoją wersję „All Your Love” na płycie „Blues Breakers with Eric Clapton” (Decca, 1966) oddał co należne Rushowi. A Dylan idzie w zaparte. Czyżby miało tu zastosowanie powiedzenie będące mądrością narodu: co wolno księciu, to nie prosięciu?

Niepokój niepokojem, a na nowa płytę Dylana czekam z radosnym utęsknieniem. Muzyka łagodzi niepokoje.

Jan Chojnacki